2007/02/09

MASAŻ TAJSKI I NIE TYLKO / MASSAGE THAÏLANDAIS ET COMPAGNIE

Po trudach podróży w Indiach i Nepalu, Tajlandia jawi się nam jako raj. Wszystko jest tu łatwe i przyjemne, dobrze zorganizowane i mało problematyczne. Na pewno tu wrócimy, bo poza Koh Tao i Bangkokiem, nic żeśmy nie widzieli! Nurkowanie zajęło nam tyle czasu, że aby zwiedzić coś w samym Bangkoku, zostaliśmy o jeden dzień dłużej, niż pozwala mi na to moja wiza (Antek jako Francuz ma miesiąc, ja tylko dwa tygodnie). Będziemy musieli zapłacić karę na granicy, ale lepsze to, niż wyjechać i nic nie zobaczyć z tego nowoczesnego, prężnego miasta. Poruszamy się głównie autobusem wodnym po rzece Mae Nam Chao Phraya. Świetny środek transportu, świetna organizacja! Zwiedzamy trzy sztandarowe zabytki – Pałac Królewski i Wat Phra Kaew ze szmaragdowym Buddą, Wat Po z olbrzymich rozmiarów złotą figurą leżącego Buddy (unikat) oraz Wat Arun, z wysoką, zdobioną ceramicznymi ornamentami stupą. Świątynie pełne przepychu i wystawności, zatrzęsienie figur Buddy, mnóstwo złota i lusterek. Oferujemy sobie też masaż tajski (trudno być w Tajlandii i tego nie zrobić!), ale doznajemy pewnego rozczarowania: miło, ale bez rewelacji. Próbujemy masażu stóp na zainstalowanym na ulicy centrum odnowy biologicznej i wrażenia są lepsze: pełny relaks! Z trudem opieramy się pokusie kupienia sobie T-shirta z napisem: „SAME SAME (BUT DIFFERENT)” – to najbardziej typowa, strasznie dla nas zabawna odzywka Tajów, która świetnie charakteryzuje ich bezproblemowy stosunek do życia: to czy owo, mała różnica, bo wszystko jest to samo, nawet jeśli nie do końca : )

Après les difficultés rencontrés en Inde et au Népal, la Thaïlande nous paraît comme le paradis. Ici, tout est facile et agréable, bien organisé et peu problématique. Nous y reviendrons, c’est sûr, car à part Koh Tao et Bangkok, nous n’avons rien visité ! La plongée nous a pris autant de temps que pour voir quoi que ce soit à Bangkok nous sommes restés un jour de plus que le visa de Marta le permettait (elle n’a que deux semaines, moi en tant que français un mois). Nous allons devoir payer une amende à la frontière, mais c’est mieux que de devoir repartir de cette ville moderne en plein essor et ne rien en avoir vu. Nous nous déplaçons principalement en bateau-bus sur le fleuve Mae Nam Chao Phraya. Transport formidable, organisation formidable ! Nous visitons les trois principaux lieux touristiques – le Palais Royal et le Wat Phra Kaew avec son Buddha en jade, le Wat Po avec son Buddha géant en or en position allongée (exceptionnel) et le Wat Aru, avec un stupa décoré avec des pièces en céramique. Les temples sont richement décorés, une multitude de figures du Buddha, plein d’or et de miroirs. Nous nous offrons aussi un massage thaïlandais (difficile d’être en Thaïlande et de ne pas le faire !), mais nous sommes un peu déçus : c’est sympathique, mais pas plus . Nous essayons un massage installé en bordure d’une station service ( !) et là les sensations sont au rendez-vous : pleine relaxation ! Nous résistons avec difficulté à la tentation de nous acheter un T-shirt avec marqué „SAME SAME (BUT DIFFERENT)” – c’est l’expression la plus typique, pour nous très marante, des Thaïs, qui exprime parfaitement leur philosophie de la vie sans encombres : ceci ou cela, pas de grandes différences, car tout est pareil, même si pas tout à fait :)
























WYSPA ŻÓŁWI / L’ILE DES TORTUES

Wbrew nazwie, na tajskiej wyspie Koh Tao nie ma żółwi. Są za to rekiny, rafa koralowa i setki rodzajów przeróżnych rozmiarów fluorescencyjnych ryb. Niegdyś kolonia karna, teraz turystyczny kurort z zatrzęsieniem szkół oferujących kursy nurkowania. Wybieramy jedną, jak się okazuje ponoć najbardziej profesjonalną na całej wyspie. Zapisujemy się na 4-dniowe szkolenie, dające uprawnienia do schodzenia do 18 metrów (Open Water PADI). Naszym instruktorem jest Alexander z Niemiec, trochę sztywny i spięty, ale za to porządny, rzetelny nauczyciel. Dużo teorii, codziennie wieczorem czytamy podręcznik, rozwiązujemy testy, obliczamy maksymalny czas pod wodą przy danej głębokości albo minimalną obowiązkową przerwę pomiędzy dwoma nurkowaniami. Sporo też praktyki – do licencji potrzeb czterech nurkowań. Motorówka podwozi nas do statku Navakar, którym płyniemy na otwarte morze. Każdego dnia schodzimy pod wodę dwukrotnie; coraz łatwiej nam wszystko przychodzi, coraz mniej musimy myśleć o wykonywanych czynnościach, coraz więcej uwagi możemy poświęcać podziwianiu podwodnego świata. Pełni zachwytu i emocji zapisujemy się na kurs dla zaawansowanych – po pięciu specjalistycznych nurkowaniach będziemy mieć prawo do schodzenia aż do 40 m! Poza obowiązkowym kursem nawigacji podwodnej i nurkowaniu głębinowym, wybieramy kurs doskonalenia wyporności pod wodą, nurkowanie wielopoziomowe (uczymy się dodatkowych, bardziej skomplikowanych obliczeń) oraz nurkowanie nocą. Złapaliśmy bakcyla i nic tylko byśmy nurkowali! Na szczęście dla naszego budżetu, widoczność staje się kiepska, co pozwala nam bez większego żalu ruszyć w dalszą drogę. Tajlandia na zawsze już będzie nam się kojarzyć z podwodnym, fascynującym światem, w którym czujemy się jak onieśmieleni goście.

En dépit de son nom, sur l’île thaïlandaise Koh Tao il n’y a pas de tortues. Par contre, il y a des chiens, il y a aussi des requins, des barrières de corail et une multitude de poissons fluorescents. Auparavant bagne, maintenant lieu touristique avec une myriade d’écoles de plongée. Nous en choisissons une qui apparemment est la plus professionnelle. Nous nous inscrivons à un cours de quatre jours qui donne le droit de descendre jusqu’à 18m (Open Water PADI). Notre instructeur c’est Alexandre un allemand, un peu rigide et tendu, mais en revanche très méticuleux et un bon instituteur. Beaucoup de théorie, chaque soir nous lisons notre livre et résolvons les tests, nous calculons le temps maximal admis sous l’eau pour une profondeur donnée et le temps minimal entre deux plongées. Beaucoup de pratique aussi, pour obtenir la licence il faut totaliser quatre plongées. Le hors-bord nous mène au bateau Navakar, que nous prenons pour la plaine mer. Chaque jour nous descendons par deux fois sous l’eau, à chaque fois de plus en plus facilement, nous réfléchissons de moins en moins aux gestes et aux contraintes, et nous pouvons nous consacrer de plus en plus à la contemplation de la vie sous-marine. Pleins d’enthousiasme et d’émotions nous nous inscrivons au cours de niveau deux – après cinq plongés spécialisées, nous aurons le droit de descendre jusqu’à 40m ! A part l’obligatoire plongée en eau profonde et navigation en plongée, nous choisissons le cours de perfectionnement de la flottabilité, la plongée multi niveau (nous apprenons d’autres calculs plus compliqués) ainsi que la plongée de nuit. Nous avons pris à l’hameçon et nous ne ferions rien d’autre que de plonger ! Heureusement pour notre budget, la visibilité devient mauvaise, ce qui nous permet sans trop de remords partir plus loin dans notre périple. La Thaïlande nous fera penser pour toujours à ce monde fascinant, dans lequel nous nous sentons comme de timides invités.

DLA WIELBICIELI MUMINKóW

Na Durbar Square w Bakthapurze ni z tego ni z owego spotkaliśmy Małą Mi ! : )

KULTURALNIE / CULTURELLEMENT

Jakbyśmy wpadli w pętlę czasową: organizując trek w Kathmandu dreptaliśmy w tę i z powrotem po jednej jedynej ulicy w szalenie turystycznej dzielnicy Thamel, nie wyściubiając nosa ani o milimetr poza jej obręb. Jak w jakimś złym śnie: w górę i w dół; sklep, knajpa, agencja turystyczna, sklep, kafejka, hotel; w tę i z powrotem. Nic poza tym. Po trzech dniach ruszyliśmy w góry, prawie nie mając kontaktu z Nepalczykami – Thamel to getto turystów. Po treku – podobnie: spędzaliśmy Święta w równie turystycznej Pokharze. Tutejszy główny trakt nad samym jeziorem to znów zatrzęsienie sklepów i knajpek nastawionych wyłącznie na zagranicznych gości. Tym większa była więc nasza radość i satysfakcja, kiedy wreszcie wyrwaliśmy się z tego zaklętego kręgu turystowa i ruszyliśmy na zwiedzanie zabytków doliny Kathmandu. Najpierw dwa sztandarowe zabytki samej stolicy – dwie olbrzymie, buddyjskie stupy (miejsce pochówku i kultu): położona w sercu miasta Bodnath, gdzie tłumy miejscowych buddystów o zachodzie Słońca przyłączają się do magicznego korowodu, kręcąc się zgodnie z ruchem wskazówek zegara wokół budowli, w rytm szurania butami, furkotu modlitewnych kręciołków i odprawianych po cichu mantr; oraz położona na wzgórzu Swayambunath, skąd roztacza się szeroka panorama na miasto (oraz zapewne także na okoliczne góry, tyle że ich nie widać z powodu przeraźliwego zanieczyszczenia), i gdzie trzeba uważać na wszędobylskie, dość agresywne małpy. (Oboje zresztą padliśmy ofiarami ich - na szczęście niegroźnych - ataków). Charakterystyczne oczy Buddy zdobiące obie stupy widnieją na co drugiej pocztówce. Następnie wybraliśmy się do Bhaktapuru, średniowiecznego miasta położonego o godzinę drogi autobusem od Kathmandu. Po przejściu bram miasta znaleźliśmy się w zupełnie innym, zaklętym w czasie, świecie: brukowane ulice, zero samochodów, pięknie rzeźbione i zdobione budynki, na każdym rogu świątynka wtopiona naturalnie w życie mieszkańców, zaułki i skwerki z ołtarzami bądź kapliczkami, gdzie ludzie suszą ziarna, pranie bądź grają w karty. Centrum stanowi spokojny, przestrzenny Durbar Square (Plac Pałacowy) z zatrzęsieniem zabytków klasy 0, na którym dzieci bawią się w berka, ludzie śpią na schodach prastarych świątyń bądź też plotkują w pałacowych podcieniach. Przemiły, niespieszny dzień pełen zachwytów, „ochów” i „achów” na każdym kroku. Podobny Durbar Square znajduje się w pobliskim Patan. Więcej tu turystów, większe zamieszanie. Kipiący życiem plac fascynuje. Wybieramy się na odkrywanie zabytkowych perełek porozrzucanych po mieście. Największe wrażenie robi na nas buddyjska Golden Temple, która - jak sama jej nazwa wskazuje - rzeczywiście jest złota. Paradoksalnie Durbar Square w samym Kathmandu, wpisany na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO, podoba nam się najmniej; być może dlatego, że wiele zabytków znajduje się w remoncie i panuje tu nieopisany chaos. Do tego męczą nas natarczywi, samozwańczy przewodnicy, warczące motory, pseudo-święci mężowie sadu, którzy polują na fotografów, żądając dolara za zdjęcie, walające się pod nogami śmiecie, targowisko na każdym podeście zabytkowej budowli. W jednym z tutejszych pałaców odkrywamy boginię Kumari. Kilkuletnia dziewczynka, która spełnia określone wymogi i pomyślnie przejdzie przez przeróżne próby, czczona jest jak bogini do czasu swojej pierwszej miesiączki. Zamknięta w swoim domostwie, wychodzi na miasto w triumfalnym korowodzie jedynie raz w roku. Poza tym codziennie o czwartej po południu ukazuje się na moment ciekawskim i wiernym. Niestety, spieszymy się do ambasady hinduskiej i nie dane nam jest zawołać ją, by wychyliła się z okienka. A szkoda!
C’est comme si on était tombé dans une boucle temporelle: en organisant à Kathmandu notre trek, nous déambulions le long d’une seule rue dans le très touristique Thamel, sans en mettre le nez dehors. Comme dans un mauvais rêve : magasin, café, agence touristique, magasin, resto, magasin, hôtel, allé et retour. A part ça, rien. Après trois jours nous sommes partis, n’ayant presque pas eu de contact avec les Népalais – le Thamel c’est un ghetto pour les touristes. Après le trek, nous avons passé les fêtes dans la ville de Pokhara tout aussi touristique. La rue principale qui longe le lac n’est qu’un amas de boutiques, de cafés et de restaurants qui sont dirigés vers une clientèle uniquement internationale. D’autant plus grande était notre bonheur et notre satisfaction quand nous nous sommes arrachés de ce cercle vicieux touristique et que nous sommes partis explorer le patrimoine historique de la vallée. Tout d’abord, les deux fers de lance de la capitale : deux immenses stupa (tombe et lieu de culte) : Bodnath où des milliers de bouddhistes se joignent au coucher du soleil dans une immense procession en tournant autour du stupa dans le sens des aiguilles d’une montre, dans le bruissement des pas, le cliquetis des moulin de prière et le son des mantras récités tout bas ; et Swayambunath, d’où on peut contempler un large panorama sur la ville (ainsi que probablement sur les montagnes environnantes, s’il n’y avais pas l’épaisse brume due à la pollution), et où il faut faire attention aux singes plutôt agressifs (d’ailleurs, nous avons été tous les deux victimes de leurs attaques – heureusement pas dangereuses). Sur chaque carte postale on peut voir les yeux caractéristiques de Buddha habillant les deux stupas. Puis nous sommes allés à Bhaktapur, ville moyenâgeuse qui se situe à une heure de route de Katmandou. En passant les portes de la ville, c’est comme si l’on s’était retrouvé dans une autre époque. Les rues pavées, pas de voitures, de superbes bâtiments avec d’encore plus superbes détails architectoniques, à chaque coins de rues un temple naturellement fondu dans la vie des habitants, des recoins et des squares avec de petits hôtels ou avec de petites chapelles, où les gens sèchent leurs blé ou jouent aux cartes. Le centre forme le grand Durbar Square (la grande place du palais) avec une éruption de monuments classés, où les enfants jouent à chat, les gents dorment à même le sol des temples anciens ou bien discutent dans les cours ombragés des palais. Un jour formidable remplis de fortes émotions. Un semblable Durbar Square se trouve à Patan. Ici, plus de touristes et moins de quiétude. La place en ébullition fascine . Nous partons à la recherche de véritables perles rares éparpillées dans la ville. Le plus d’effet fait sur nous le Temple bouddhique Golden Temple, qui comme le nom l’indique est vraiment doré. Paradoxalement, le Durbar Square à Katmandou même,qui est inscrit sur la liste de l’UNESCO, nous plaît le moins. Peut être parce que beaucoup de bâtiments se trouvent en rénovation et qu’il y a ici un chaos indescriptible. De plus, nous fatiguent les guides autoproclamés, les motos rugissantes, les pseudos saints sadu qui chassent les photographes en demandant un dollar pour une photo, les détritus par terre, les échoppes du marché sur chaque soubassement de temple. Dans un des bâtiments nous découvrons la déesse Kumari, une fillette, qui - ayant remplis les conditions et pasé de différents tests - est vénérée comme une déesse jusqu’au jour de sa première menstruation. Enfermée dans son palais, elle sort dans une procession triomphale qu’une fois par an. A part ça tous les jour à quatre heure de l’après midi elle se montre quelque temps aux curieux et à ses fidèles. Malheureusement, nous nous pressons à l’ambassade indienne et nous n’avons pas l’opportunité de l’appeler pour qu’elle se montre par la fenêtre, dommage !

ZDJECIA Z BAKTHAPURU / PHOTOS DE BAKTHAPUR