Hurra!!! Wreszcie wyjechaliśmy z Gujaratu! A myśleliśmy, że już nigdy się stamtąd nie wyrwiemy. Turyści przyjeżdżali i wyjeżdżali, śmiejąc się, że robimy doktorat z wiedzy o regionie. Dzień za dniem zwiedzaliśmy wioski Kutcha i obiecywaliśmy sobie, że wyjedziemy następnego dnia... Raz nawet już się spakowaliśmy, kupiliśmy bilety na pociąg. Jednak nawet wtedy nie udało się nam ruszyć w dalszą podróż. Mieliśmy kłopoty z płatnością za tak długi pobyt w hotelu. W efekcie spóźniliśmy się na pociąg i musieliśmy przełożyć bilety na następny dzień.
Przez ostatnie trzy tygodnie wynajmowaliśmy skuter i przemierzaliśmy pustynne okolice Bhuja w poszukiwaniu wioskowych artystów. Różnorodność tutejszego rękodzieła jest niesamowita. Jakby ludzie chcieli zakląć pustynię, urozmaicić jednostajny, niemalże równinny krajobraz. Poznaliśmy kobiety z plemienia Ajir czy Harijan (niegdyś „nietykalne”), haftujące bogate, etniczne wzory na różnobarwnych tkaninach, torbach, bluzkach czy poszewkach na poduszki. Byliśmy w Nironie z wizytą u rodziny, która od 300 lat zajmuje się malarstwem laką na płótnie (tzw. rogan art). W tej samej wiosce, żyjący bardzo skromnie ludzie z plemienia Wada wytwarzają lakowane wyroby z drewna codziennego użytku w sposób tak prosty, że aż niewiarygodny. Nieopodal Zura specjalizuje się w miedzianych dzwonkach o delikatnym, aksamitnym brzmieniu. W wiosce Ajerakhpur zostaliśmy wciągnięci w tajniki techniki block-printingu. W żmudnym procesie stawiania na tkaninie pieczątek z farbą o naturalnym barwniku powstają prawdziwe cudeńka. W muzułmańskiej wiosce Dhordo podziwialiśmy okrągłe domy bogato zdobione wzorami z gliny i lusterkami (mudwork). Trzykrotnie byliśmy gośćmi Dhurana z Ningalu, by zrozumieć, na czym polega patola – technika ręcznego tkania jedwabiu nitką, na której uprzednio naniesiono misterny wzór metodą tie-and-dye czyli wiązania supełków i ich farbowania, by potem je rozwiązać, zawiązać w innym miejscu i ufarbować ponownie. I tak pięć razy! Utkanie sześciometrowego, przetykanego dodatkowo prawdziwą złotą nitką sari zajmuje pięcioosobowej rodzinie ponad 20 dni!
Hourra !!! Enfin nous sommes partis du Gujarat ! Et pourtant on pensait que plus jamais nous nous en échapperions. Les touristes arrivaient et repartaient en faisant des blagues que nous faisions un doctorat sur la région. Jour après jour, nous visitions les villages du Kutch et nous nous promettions que nous partirions le lendemain. Une fois, nous avons même fait nos bagages, et acheté les billets pour le train. Mais même là, nous n’avons pu partir ; un problème de paiement pour un si long séjour nous en a empêché.
Pendant ces trois dernières semaines, nous louions un petits scooter et nous explorions les environs arides de Bhuj dans la recherche d’artistes. La multitude de formes de l’artisanat local est tout à fait surprenante, comme si les hommes s’étaient concertés pour rompre avec la monotonie des paysages. Nous avons fait connaissance avec les femmes de la caste Ajir et aussi Harijan (anciennement les « intouchables »), ces deux castes se démarquent par des broderies très riches qu’elles confectionnent sur leurs habits, sacs ou encore coussins. Nous sommes allés à Nirona où une famille depuis 300 ans se spécialise dans une forme de peinture à la laque sur toile (le « rogan art »). Dans le même village, une autre famille, vivant très modestement, de la caste Wada, s’emploi à réaliser des objets de tous les jours en bois laqué richement décorés, de manière si simple que déconcertante. Non loin de là, le village Zura se spécialise dans la fabrication de cloches et clochettes en cuivre au timbre doux. A Ajerakhpur nous avons été initiés aux techniques élaborés du block-printing. Dans un procédé très laborieux d’impression des textiles, de véritables chefs d’œuvres sont réalisés. Dans le village musulman Dhordo nous avons pu admirer des maisons décorés avec ce que l’on appelle le mudwork, riches motifs réalisés à l’aide de glaise et orné s de petits miroirs. Par trois fois nous avons été chez Duran à Ningal afin de bien comprendre le procédé dénommé patola – cette technique manuelle de tissage de la soie avec des fils sur lesquels on a, au préalable, apporté le dessin final par une méthode du tie-and-die. Ceci consiste à faire des nœuds pardessus les fils, les teindre, les dénouer, refaire des nœuds … et comme cela jusqu'à cinq fois avant d’obtenir le dessin escompté ! La préparation et le tissage, entre autre avec du fil d’or d’un sari de 6m, prends à la famille de cinq personnes plus de 20 jours !
2006/10/21
RĘKODZIEŁO NA PUSTYNI / ARTISANA DANS LE DESERT
STATEK NA MIARĘ WYKONAM / UN NAVIRE SUR MESURE
15 października minęło sześć lat, jak jesteśmy razem. Kawał czasu! By to uczcić, wybraliśmy się na wycieczkę do położonego nad Morzem Arabskim miasteczka Mandvi. Tam mieliśmy niemalże dla nas samych szeroką, czystą, ponoć jedyną w Indiach prywatną plażę, nieopodal pałacu Vijay Vilas. Hinduski nie kąpią się w kostiumie kąpielowym, tylko w salwar kamezie. Spodnie oblepiają nogi, tunika krępuje ruchy (może dlatego one raczej nie pływają, tylko kobieco sobie brodzą w
morzu). Pomimo że naprawdę nie było na plaży prawie nikogo, czułam się niezręcznie zrzucając salwar tuż przed zanurzeniem się w wodzie. Chyba już przesiąkłam tutejszą kulturą! ;)
O zachodzie Słońca zwiedziliśmy tutejszą stocznię, gdzie ręcznie budowane są olbrzymie, drewniane statki (ponoć głównie dla arabskich szejków z Dubaju). To obok Malezji jedyne takie miejsce na Ziemi.
Le 15 octobre, voilà six années que nous nous sommes ensemble. Un bail ! Pour célébrer cette occasion, nous nous sommes rendus à Mandvi, petit port au bord de la Mer d’Arabie. Là, nous avions presque pour nous tous seuls l’unique plage privée en Inde, (parait-il), non loin du palais Vijay Vilas. Les femmes ici ne se baignent qu’habillées de la tête au pieds dans leurs salwar kamez. Le pantalon colle à la peau, la tunique empêche de bouger les bras, c’est pourquoi elles ne nagent pas vraiment, mais plutôt font tempête dans cette mer qui est peu profonde même loin de la côte. Marta, pour bonne conduite, garde la tunique jusqu’au bord de la plage, la dépose au bord, gênée par les regards des quelques hommes qui la dévorent des yeux, et se jette à la mer pour y échapper.
Au coucher du soleil nous sommes allés voir les chantiers navals locaux, où l’on construit d’énormes navires en bois (pour les cheiks arabes principalement). Aux côtés de la Malaisie, c’est le dernier endroit au monde de ce type.

U NOMADÓW / CHEZ LEs NOMADES
Dla koczowniczego plemienia Rabari czas jakby stanął w miejscu. Jak przed wiekami przemierzają pustynię w poszukiwaniu dobrych pastwisk dla swoich kóz, owiec i w
ielbłądów. Niektóre rodziny dotarły aż do stanu Orissa na przeciwległym, wschodnim krańcu subkontynentu indyjskiego. Mężczyźni nieodmiennie ubrani na biało, w białych turbanach i sarmackich wąsach, zamężne kobiety zawsze na czarno, z mnóstwem tatuaży na dłoniach, ramionach, stopach i szyi. Spędziliśmy z nimi noc na stepie, (który oni nazywają lasem), jedząc przygotowane na ogniu chlebki chapati i popijaj
ąc mleko prosto od owcy. Księżyc świecił tak m
ocno, że nie dawał spać. Zupełnie magiczna sceneria, gdyby nie to, że Rabari akurat rozbili swój obóz nieopodal fabryki stali, która przez całą noc nie dawała zapomnieć, że nie ma ucieczki od cywilizacji. Pobudka przed wschodem Słońca i pierwsze w życiu spotkanie pierwszego stopnia z wielbłądem!
Le temps s’est arrêté, pour le peuple nomade Rabari. Comme il y a des centaines d’années, ils parcourent les pleines en recherche de bonne herbe pour leurs troupeaux de chèvres, moutons et chameaux. Certaines familles ont même traversés le sous-continent de part en part jusqu’en Orissa, état de l’est l’Inde. Le
s hommes inconditionnellement vêtis de blanc, coiffés de turbans blancs, les femmes mariées, quand à elles, toujours en noir, recouvertes de tatouages sur leurs membres et le cou. Nous avons passé la nuit avec eux au milieux de la steppe (qu’il
dénomment « forêt ») partageant leur chapati cuisiné sur le feu et leur butter milk venant droit d’une brebis. La lune brillait si fort que la nuit à la belle étoile fût bien courte. C’était magique, mis à part que le camp était à quelques kilomètres d’une usine sidérurgique (elle aussi e
n pleine savane), qui nous rappelais tout de même que la civilisation nous rattrape dans les coins les plus reculés de la planète. Lever avec le soleil au son d’un coq sorti d’un portable, et rencontre de troisième type avec un camélidé.
W KRAINIE ŻAB I BAB / AU PAYS DES GRENOUILLES
Średniowiecznym klasztorem Than niepodzielnie władają żaby. Maleńkie, zwykłe lub wielkie jak dłoń dorosłego mężczyzny. Trzeba uważać, żeby ich nie rozgnieść, idąc wieczorem po wodę lub siadając po turecku na podłodze, żeby zjeść kolację. Jedna przypuściła na mnie szarżę, lądując na środku mojego talerza. Nasz gospodarz Somnat Baba, jogin i zarazem jedyny mnich owego klasztoru, ze stoickim spokojem
przepędził ją i na oddzielnym talerzyku podał mi kaszkę, którą następnego dnia miał ofiarować jako pokarm bogu Shivie. Klasztor, w którym poza Babą mieszka jedynie kucharz, krowiarz i „wodziarz”, jest zupełnie niezwykły, położony z dala od wszystkiego u stóp wzgórza Dhinodar. O wschodzie Słońca słychać krzyk dzikich pawi, których jest tu mnóstwo. Nad głową latają zielone papużki nierozłączki, podczas gdy Baba bije w bębny, składając bogom hołd. Z wielkim trudem wspinamy się kamienistym wąwozem na wzgórze za klasztorem. Na szczycie, w małej
świątynce wybudowanej na cześć świętego męża Dhoramnatha, który stał tu niegdyś na głowie przez 12 lat w ramach pokuty, urzęduje teraz Hiranat Baba, z dredami do pasa. Niemalże 360° panoramy na cały Kutch, Pakistan majaczący we mgle na horyzoncie, niezwykły spokój w takt dźwięków tantrycznej, religijnej muzyki. Aż chciałoby się tu zostać na dłużej...
Au monastère de Than, sans compromis règnent les grenouilles de toutes le tailles. Le soir surtout, il faut faire bien attention de ne pas
en écraser une par hasard, en marchant ou en s’asseyant par terre pour dîner. Marta fut victime d’une charge intempestive, et la grenouille atterrit en plein milieu de son assiette. Notre hôte Somnat Baba, yogi et unique moine de ce monastère, la chassa
stoïquement, et lui servit sur une autre assiette une semoule offerte le lendemain au dieu Shiva. Ce monastère du moyen age, où vivent à part Baba, un cuisinier (chapati cap’tain), un paysan (cow cap’tain) et un ravitailleur en eau (water cap’tain), est tout à fait exceptionnel, il est situé
loin de tout, au pied du mont Dhinodar. Au lever on n’entend que les cris des paons sauvages, qui sont ici légion. Au dessus de nos têtes volent de jolis perroquets verts, tandis que Baba frappe les tambours pour le pouja matinal.
Avec peine nous gravissons le sentier pierreux vers un temple qui est situé au sommet de la montagne. C’est là où le saint Dhoramnath a fait sa pénitence, en restant debout sur la tête pendant douze ans ; maintenant c’est Hiranat Baba, avec ses dread locks jusqu’au hanches qui nous y accueille. Une vue panoramique de presque 360° s
ur tout le Kutch, le Pakistan au loin, nous coupe le souffle, le tout baigné dans une musique tantrique. Décidément on aurait voulu y rester plus longtemps...
PEŁNIA KSIĘŻYCA / PLEINE LUNE
Zaraz p
o Navratri następne, tym razem trzydniowe, święto – Saradpoomam, obchody pełni Księżyca. W towarzystwie członka rodziny królewskiej udajemy się do jednej ze świątyń w Bhuju, gdzie od samego rana do 14:00 odbywają się wspólne modły. Zafascynowani obserwujemy rodziny siedzące wokół palenisk i skomplikowane rytualne czynności, które wykonują przy dźwiękach muzyki. Pełno kolorów
i zapachów. Ludzie są bardzo gościnni, zaraz ktoś na ochotnika się nami zajmuje i nam tłumaczy, co się dzieje. A potem dostępujemy zaszczytu bycia przedstawionym samemu królowi i Antek dostaje od niego w prezencie wieniec kwiatów! W emocjach i pod zazdrosnymi spojrzeniami Hindusów, opuszczamy świątynię, żeby pojechać 40 km poza miasto na zorganizowany z okazji pełni festiwal
Saradustav, do którego przygotowywano się od ponad miesiąca. Zjeżdżają się tu ludzie z całego stanu Gujarat. Jesteśmy jednak trochę rozczarowani - to raczej jedno wielkie wesołe miasteczko, tłumy ludzi i targowisko. Wymykamy się więc i w zamian oglądamy zachód Słońca nad pustynią.
Apres la fête de Navratri une seconde festivité de trois jours, Saradpooman. En compagnie d’un descendant de lignée royale nous allons à un temple où dès le
matin jusqu'à 14h se déroule une cérémonie pleine de couleurs et de parfums. Fascinés, nous observons les familles, assises autour de petits foyers, célébrant de compliqués rituels, le tout baigné dans une musique tout aussi mystique. Très accueillants, il y a tout de suite quelqu’un pour nous expliquer les pourquoi et les comment. Et pour couronner le tout, nous sommes honorés d’être présentés au Roi de Kutch, qui m’offre son collier de fleurs ! Sous les regards admiratifs et envieux des Hindous, nous quittons le temple, pour atteindre à 40km dans le désert le festival Saradustav, préparé depuis plus d’un mois à
l’occasion de la pleine lune. Une foule vient de tout le Gujarat, avec le gouverneur en personne. Nous, nous somment malheureusement bien déçus, car le festival prend une tournure de fête foraine. Nous nous échappons donc pour profiter du coucher du soleil dans le désert.



2006/10/02
NAVRATRI
Zupełnie niespodziewanie staliśmy się honorowymi gośćmi na jednym z tutejszych obchodów Navratri. Spacerowaliśmy sobie po mieście, kiedy nagle otoczyła nas cała chmara odświętnie ubranych i umalowanych dziewczynek. Chichotom, szeptaniu i pytaniom „what the name?” i „which country?” nie było końca. Wreszcie podszedł do nas ojciec jednej z nich i zaprosił nas do uczestniczenia w święcie. Usadowił nas na krzesłach niczym na tronie i przez mikrofon obwieścił wszem i wobec naszą obecność. Dzieci obsiadały nas jak muchy, w emocjach przypominając sobie podstawy angielskiego (zaserwowały nam jeszcze „your father name?” i „nice to meet you”). Mężczyźni systematycznie odganiali je, by nam nie zasłaniały i zbytnio nam się nie naprzykrzały. Kobiety ze swej strony zorganizowały się, by mnie ubrać w sari i umalować jak na zamężną kobietę przystało. Na bogato udekorowanym, rzęsiście oświetlonym i wysypanym piaskiem placyku, kobiety najpierw odprawiają modły na cześć bogini-matki Durga, a potem, przy dźwiękach dość monotonnej, transowej muzyki, wraz z dziećmi tańczą, klaszczą i śpiewają. Nagraliśmy mały filmik, ale chyba nie uda nam się go wrzucić na internet : (







ZMIANA PLANÓW
Pierwsza zmiana planów – nie będziemy medytować w Bada, lecz w Nepalu. Druga zmiana – nie jedziemy do Birmy. Dużo się nad tym zastanawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że nie będziemy ryzykować - w najlepszym razie - utraty komputera, w najgorszym - całego sprzętu fotograficznego. Ponad to, etyczna sprawa przedsięwzięcia – pośrednie wspieranie junty – cały czas nie dawała nam spokoju. Tak więc najpierw zwiedzamy Indie, pod koniec listopada jedziemy do Nepalu, skąd bezpośrednio polecimy do Bangkoku.
Wielu znajomych jest rozczarowanych: że mało piszemy, że fajne zdjęcia, ale mało... Postaramy się poprawić, ale tyle rzeczy się dzieje (np. w wielkich emocjach przekroczyliśmy zwrotnik Raka!), że trudno nam jest być na bieżąco!
