
Wycieczka do gejzerów El Tatio przy granicy z Boliwią zaczyna się w San Pedro o 4 nad ranem. Gejzery są bowiem najbardziej aktywne o wschodzie Słońca, a przed nami
dwie godziny jazdy krętymi andyjskimi drogami. Krajobraz wygląda mistycznie przy świetle Księżyca
w pełni. Gdy docieramy na miejsce, pełno jest już tam innych minibusów. Parkują pomiędzy gejzerami, psując widoki. Podczas gdy przewodnicy podgrzewają mleko na herbatę w bulgoczącej wodzie gejzeru, my idziemy się przejść. Jedyna wskazówka –
uważać, gdzie się stąpa, żeby nie wpaść w dziurę gejzeru, który akurat przez chwilę nie dymi. Doświadczamy tym samym różnic kulturowych – niezły kontrast z wytyczonymi ścieżkami i ogrodzeniami na polach gejzerów w Nowej Zelandii! Jest przeraźliwie
zimno, jakieś -15 stopni. Do tego kręci się nam w głowie od wysokości: 4200 m. n.p.m. Na szczęście tłumy turystów nie bardzo nam przeszkadzają (a ponoć to wcale nie sezon!), bo wystarczy oddalić się trochę od najbardziej aktywnych gejzerów i
mamy widowisko tylko dla siebie. Dziękujemy Bogu za instynkt stadny homo sapiens, który nieraz podczas naszej wędrówki pozwolił nam rozkoszować się samotnością w najbardziej obleganych atrakcjach turystycznych.
La ballade aux geysers El Tatio aux abords de la Bolivie commence à San Pedro à 4 heures du matin. Les geysers sont en effet le plus actifs au lever du soleil,
et devant nous deux heures piste andine. Le paysage semble mystique au clair de pleine lune. Quand nous arrivons sur place il y a déjà plein d’autres minibus. Ils
se garent entre les geysers gâchant les paysages. Pendant que les guides réchauffent les cartons de lait dans l’eau bouillonnante d’un geyser, nous
allons nous promener. Une seule indication – faire attention où on met les pieds, pour ne pas tomber sur un trou de geyser qui ne se
serait pas encore réveillé. Nous expérimentons par la même les différences culturelles : sacré contraste avec les allées bien tracées et les clôtures des geysers en Nouvelle Zélande ! Il fait
terriblement froid, quelques 15 degrés en dessous de zéro. A cela s’ajoute l’altitude 4200m qui nous fait tourner la tête. Heureusement les foules de touristes ne nous gênent 
pas vraiment (et pourtant parait-il on n’est pas encore en saison haute !), car il suffit de s’éloigner un peu des geysers les plus actifs pour se retrouver seuls. Nous remercions l’instincts de groupe du homo sapiens, qui nous a permis déjà à maintes reprises de jouir de la sérénité tout en visitant les attractions les plus touristiques.




2007/07/14
O RÓŻNICACH KULTUROWYCH I INSTYNKCIE STADNYM / DES DIFFERANCES CULTURELLES ET DE L’INSTINCT DE GROUPE
DLACZEGO SKANSEN NAS NUDZI? POURQUOI LES MUSEES VIVANTS NOUS ENNUIENT-ILS?
Prosta jak drut droga przecina najsuchszą pustynię świata Atacamę. Za oknem autobusu pusty, bury, smutny krajobraz. Monotonię przerywają mijane od czasu do czasu przydrożne
krzyże i dymiące fabryki cementu. Po blisko 30 godzinach podróży docieramy do San Pedro de Atacama. Miasteczko pełne uroku z jednopiętrowymi, pobielanymi domkami z adobe, ale pozbawione życia. Historyczne centrum zostało bowiem oddane we władanie
turystów, a prawowici mieszkańcy wynieśli się na obrzeża, by czerpać zyski z wynajmu swoich domów na potrzeby coraz bardziej rozwijającego się tu przemysłu turystycznego. Odpoczywamy po trudach podróży, choć nie jest to ła
twe: wysokość 2700 m. n.p.m. daje się nam we znaki. Do tego nocami zimno pod czterema kocami...
Une route droite tirée à la règle coupe le désert Atacama, le plus aride au monde. Au dehors du bus, un paysage de désolation, vide et poussiéreux. Les croix au bord de la route et
les usines de ciment brisent de temps en temps la monotonie du paysage. Après près de 30 heures de voyage, nous arrivons à San Pedro de Atacama. Une petite ville pleine de charme
avec des maisons à un niveau faites d’adobe blanchi, mais sans vie. Les touristes sont devenus maîtres du centre ville, et les habitants légitimes se sont construits une ville à
l’extérieure de la ville, et profitent, en louant leurs propriétés, du tourisme de plus en plus florissant. Nous nous reposons après le long voyage, mais avec difficulté : l’altitude 2700 m se fait sentir. Et les nuits sont froides malgré quatre couvertures…






2007/07/12
SMOG NAD SANTIAGO / LE SMOG AU DESSUS DE SANTIAGO
30 godzin podróży z Noumea przez Auckland do Santiago i już jesteśmy w Ameryce Południowej. Cofamy się o 15 godzin, przeżywamy więc najdłuższą, 39-godzinną, dobę w życiu. Na lotnisku lekcja pokory: choć region ten to dla nas nie
pierwszyzna, i tak taksówkarzowi udaje się nas orżnąć. Po przylocie śpimy do 3 po południu następnego dnia i z trudem przezwyciężamy efekty zmiany czasu. W Santiago spędzamy niezbędne minimum, żeby zorganizować sobie dalszą podróż.
Zaglądamy tylko na Plaza de Armas i zwiedzamy katedrę. Stolica Chile klimatami przypomina nam krakowski Kazimierz, ze starymi kamienicami i swoistym zapuszczeniem. Do tego gęsty smog (Santiago to 3. pod względem zanieczyszczenia miasto na świecie) i Andy na
horyzoncie. Po dwóch dniach ruszamy w dalszą drogę.
30 heures de voyage depuis Nouméa via Auckland et nous sommes en Amérique du Sud. Nous reculons de 15 heures, donc nous vivons la journée la plus longue de
notre vie car elle dure 39
heures. A l’aéroport, leçon d’humilité : bien que la région n’est pas nouvelle pour nous, le taxi arrive quand même a nous avoir sur sa commission. La nuit suivante nous dormons 15 heures et nous arrivons avec peine à lutter contre le jetlag. A Santiago nous restons le stricte
minimum, pour organiser le départ pour San Pedro de Atacama. Nous visitons seulement le centre ville, la Plaza de Armas, et la cathédrale.
La capitale du Chili nous fait penser un peu au Kazimierz de Cracovie, avec ses vieilles maisons et cet abandon qui nous est bien familier. A cela ajoutez un smog très dense (Santiago est la troisième ville la plus polluée au monde) et les Andes à l’horizon.
Deux jours plus tard nous partons pour de nouvelles aventures.
FRANCJA ELEGANCJA / DOUCE FRANCE
Gdy po raz drugi wstajemy o 4 rano, by, tym razem już właściwego dnia, lecieć do Noumei, samolot ma ośmiogodzinne opóźnienie. Co za pech! Na szczęście nie musimy ślęczeć na lotnisku, tylko
czekamy w hotelu zorganizowanym przez Air New Zealand. Dolatujemy tuż przed zmrokiem i od razu opatula nas ciepłe powietrze tropików. Stolica Nowej Kaledonii Noumea oczarowuje nas swoim dyskretnym, zapyziałym urokiem, który odkrywamy dopiero po kilku dniach
wałęsania się po jej uliczkach. Klimaty jak w naszych barach mlecznych, dominuje architektura lat 70-tych, wszystko trochę zapuszczone i rozlatujące się. Kanakowie,
murzyńska ludność rdzenna, są wyraźnie nieśmiali, acz zawsze pozdrawiają nas na ulicy uśmiechniętym dzień dobry. Szwęda się też trochę rastafarianów z dredami, którzy palą jointy w cieniu drzew na publicznych skwerkach. W niedzielę zaś miasto jest kompletnie wymarłe, kilka mijanych osób podkreśla tylko jego widmowy charakter. Zwiedzamy zaprojektowane przez Renzo Piano słynne centrum sztuki im. Jean-Marie Tjibaou (bojownik o niepodległość tej zamorskiej prowincji Francji). Budynek robi na nas wrażenie, ale sama wystawa sztuki
Kanaków jest taka sobie. Nie udaje nam się niestety zobaczyć nic więcej z tej wyspy Pacyfiku, poza bujną zielenią i wysokimi górami na horyzoncie, dostrzeżonymi z okna autobusu wiozącego nas na
położone o 50 km od stolicy lotnisko...
Quand pour la seconde fois nous nous levons à 4 heures du matin, pour pouvoir enfin, le bon jour, partir à Nouméa, l’avion a huit heures de retard. Quelle malchance ! Heureusement nous ne sommes pas obligés de rester à l’aéroport, mais à l’hôtel qui nous est offert par Air New Zealand. Nous atterrissons juste avant la tombée de la nuit et tout de suite l’air chaud des tropiques nous enveloppe. La capitale de la Nouvelle Calédonie, Nouméa, nous plaît par son coté un peu désuet, que nous apprécions à sa juste valeur qu’après quelques jours de ballades
le long des rues. Ambiances des années 70, tout est un peu abandonné et un peu décrépit. Les Kanaks, la population noire autochtone, sont visiblement timides, mais ils nous saluent dans la rue souriants. Il y a aussi pas mal de rastas qui traînent dans les parcs en fumant leurs joints à l’ombre des arbres. Le dimanche la ville est comme une ville fantôme, quelques personnes soulignent encore d’avantage cette sensation de désolation. Nous visitons le centre culturel Jean-Marie Tjibaou (il défendait les droits des Kanaks et luttait pour l’indépendance de ce territoire
français d’outre mer).
Projet de Renzo Piano, le bâtiment nous fait grande impression, mais l’exposition Kanak en elle-même ne nous impressionne pas. Malheureusement, nous n’arrivons pas à voir d’autres choses de cette île du Pacifique, à part les montagnes au loin et ses denses forêts que nous observons depuis l’autobus qui nous mène à l’aéroport distant de 50km…











