2006/11/30

ZAGUBIENI WE MGLE / PERDUS DANS LE BROUILLARD

Miało być pięknie: 250 km panoramy na Himalaje i zielone plantacje znanej na całym świecie herbaty wokół. Do tego marzył nam się trek po okolicznych wzgórzach, jako zaprawa przed samymi Himalajami. Nic z tego! Mgła w Darjeelingu była gęsta jak oko wykol. Przez pięć dni to przedziwne miasto położone na bardzo stromym stoku (aż dziw, że człowiek zdecydował się tu kiedyś założyć osadę!) tonęło w białej wacie. Miało to swój urok, dodawało tajemniczości. Przy zero widoczności, cieszył widok wyłaniającej się z mgły buddyjskiej świątyni czy gęstej ściany paproci. Codziennie budziliśmy się o 4 rano, by sprawdzić, czy się przejaśniło i czy dane nam będzie w końcu obejrzeć wschód Słońca nad Himalajami. Dzień w dzień wracaliśmy dalej spać do łóżka. Choć w życiu byśmy się do tego przed sobą nie przyznali, może i gdzieś tam byliśmy zadowoleni, że nie musimy wychodzić na ten przenikliwy ziąb o świcie?...
Ca devait être formidable : 250km de panorama sur la chaîne Himalayenne et les plantation de thé connues de part le monde. Nous rêvions de plus de faire un trek dans les montagnes environnantes en guise d’échauffement avant l’Himalaya lui-même. Que ne ni ! Brouillard à Dargeeling ! Durant les cinq jours de notre séjour cette étonnante ville, posée sur les très abruptes coteaux d’une colline (on en revenait pas que quelqu’un avait voulu s’y installer) était plongée dans cet épais coton. Ça avait son charme, et donnait un côté mystérieux. Avec zéro de visibilité, l’entrevue d’un monastère bouddhiste ou d’un mur de fougères nous rendait heureux. Tous les jours nous nous levions à 4 heure pour vérifier s’il nous sera donné de contempler enfin le lever du soleil sur l’Himalaya. Chaque jour nous retournions au lit. Bien que nous ne nous l’aurions jamais avoués, nous étions au fond de nous même bien contents que nous ne devons pas affronter au petit matin ce froid pénétrant…









WRESZCIE GÓRY ! / ENFIN LES MONTAGNES !

Po długiej podróży po równinach Indii z dużą przyjemnością wyruszyliśmy na północ Zachodniego Bengalu, na przedpola Himalajów. Droga do Miriku, małej wioski w górach, gdzie nie zagląda prawie żaden turysta, wiodła serpentynami wśród zielonych, równo przystrzyżonych pól herbaty. Ubrani na kolorowo ludzie, z koszami noszonymi na pasach na głowie, brodzili w tym morzu soczystej zieleni zanurzeni po pas. Widzieliśmy to pierwszy raz w życiu i byliśmy naprawdę zauroczeni! Sama wioska nieduża, z ogromnym, czerwonym klasztorem buddyjskim Bokar Ngedon na wzgórzu. Akurat w dniu naszego przyjazdu kończyła się dwutygodniowa uroczystość złożenia do pozłacanej stupy zmumifikowanych zwłok zmarłego dwa lata temu założyciela klasztoru Kyabje Bokar Rinpoche, równie znanego buddystom jak Dalajlama. Zjechali się na tę okoliczność jego uczniowie z całego świata oraz jego świątobliwość Karmapa. W miejscowym barze obserwowaliśmy mnichów, którzy schodzili ze wzgórza na gorące pierożki momo, tybetański przysmak. Dzień spędzony na spacerze po plantacjach herbaty jeden z milszych i spokojniejszych, jakie nam dane było spędzić w Indiach. Widok na ośnieżoną Kanchenjungę, najwyższy szczyt Indii (8586 m. n.p.m.) zachwycający! Ludzie – już nie Hindusi, tylko Nepalczycy - przemili, uśmiechnięci, wciąż podśpiewywują pod nosem. Wszędzie chryzantemy w doniczkach. I czysto! Tylko okrutny ziąb, a my nieprzyzwyczajeni po upałach panujących na nizinach. Udało nam się jednak go pokonać, ogrzewając pokój dwiema lampami naftowymi, oblewając się gorącą wodą z wiaderka (w naszej prywatnej kwaterze nie było w ogóle bieżącej wody, a cóż dopiero ciepłej, i nasz gospodarz codziennie rano i wieczorem podgrzewał nam ją na ognisku), oraz dodatkowo dogrzewając się - pod dwoma warstwami pierzyny - przygotowanym przez gospodynię termoforem.
Après un long voyage dans la plaine de l’Inde, nous avons débuté notre voyage vers le nord du West Bengal avec beaucoup d’enthousiasme. Devant nous la chaîne Himalayenne. La route vers Mirik, petite ville où presque aucun touriste n’y met les pieds, conduisait de virages en virages au milieu de plantations de thé taillées à l’équerre. Des gens vêtus de toutes les couleurs, portant leurs paniers à l’aide de ceintures sur leurs tête, barbotaient jusqu’au hanches dans cette verdure intense. Tout ceci était complètement nouveau pour nous et nous en étions émerveillés ! Le bourg en lui-même pas très grand, avec un immense monastère bouddhiste rouge Bokar Ngedon qui domine la ville. Le jour de notre arrivée, se terminait juste une festivité de deux semaines dont le point culminant était l’inhumation du corps momifié du créateur du monastère Kyabje Bokar Rinpoche, aussi bien connu des Bouddhistes que le Dalaï-lama. A cette occasion se sont retrouvés ses élèves du monde entier ainsi que sa sainteté Karmapa. Dans un bar du bourg nous observions les moines qui descendaient de la colline pour déguster les momos, sorte de raviolis. Le jour passé en promenade au milieux des plantations de thé était un des plus agréables qui nous a été donné en Inde. La vue sur le mont Kanchenjunga, le plus haut en Inde (8586m) exaltant ! Les gens – non plus des Indous mais des Népalais – très très aimables, souriants, toujours fredonnants. Des chrysanthèmes partout et les rues propres! Seulement le froid transpercent, et nous pas accoutumés après ces mois passés dans ces plaines caniculaires. Nous avons tout de même réussis à le vaincre en nous chauffant avec deux lampes à pétrole, en aspergeant de sauts d’eau chaude (dans notre petit studio privé il n’y avait même pas d’eau froide courante et notre hôte nous la réchauffait sur un feu dans le jardin) et en nous tapissant sous deux couettes chauffées par une bouilloire.

MISTYCYZM WISI W POWIETRZU / LE MYSTICISME EST DANS L’AIR

Bodghaya - najświętsze dla buddystów miejsce, gdzie w VI w. p.n.e. książę Siddartha doznał oświecenia, stając się Buddą - emanuje niesamowitym spokojem i prawdziwą duchowością. Widok rykszy napchanej po brzegi roześmianymi mnichami buddyjskimi, których szaty furkoczą na wietrze, jest tu na porządku dziennym. Kompleks świątynny Mahabodhi (na liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO) jest aż żółto-pomarańczowo-czerwony od setek odprawiających tu wspólne modły czy medytujących mnichów z całego świata. W „Domku Maślanego Światła” (nasze swobodne tłumaczenie) zawsze płonie 1008 lampek symbolizujących zalety Buddy. Mnisi z Sikkimu zaprosili nas do środka, byśmy razem z nimi podpalali knoty maleńkich zniczów. Nagle znaleźliśmy się w środku medytacyjnego rytuału, otoczeni morzem migoczących światełek; posadzka lepiła się nam do gołych stóp (wszędzie w obrębie świątyni chodzi się boso), gorąc buchał w twarz, a świat zewnętrzny przestał (dosłownie) istnieć. Tybet, Bhutan, Tajlandia, Birma, Japonia, Nepal, Wietnam czy Chiny mają tu swoje klasztory, przez co Bodghaya oferuje swoistą podróż dookoła świata ; )
Bodhgaya – qui est le lieu le plus sacré pour les bouddhistes, où le prince Siddartha a trouvé l’illumination en devenant Bouddha - émane d’un incroyable calme et d’une véritable spiritualité. La vue d’un rickshaw rempli à raz bord de moines tous souriants, leurs habits flottant au vent, est tout à fait naturelle. Le temple Mahabodhi (sur la liste mondiale du patrimoine de l’UNESCO) est presque tout coloré de rouge, orange et jaune tant il y a de moines ici priants et méditants. Dans la « maison de la lumière beurrée » (notre libre traduction) il y a continuellement 1008 lampes à huile qui symbolisent les qualités du Bouddha. Des moines du Sikkim nous ont invités à l’intérieur afin de les aider à allumer cette multitude de petites lampes. Tout à coup nous nous sommes retrouvés au sein même de ce rituel de méditation, entourés de cette mer de lumières tremblantes, le sol collait au pieds (oui, on marche pieds nus partout dans l’enceinte du temple), et les bouffées de chaleur nous plaquait au visage, le monde extérieur s’est éteint. Tibet, Bhoutan, Thaïlande, Birmanie, Japon, Népal, Vietnam et Chine ont ici leurs propres monastères, Bodhgaya offre ainsi un vrai tour du monde bouddhiste ; )

PRAWDZIWE INDIE / LA VRAIE FACE DE L’INDE




Być w Indiach i nie zobaczyć tłumów Hindusów kąpiących się o świcie w Gangesie, to jak być w Rzymie i nie odwiedzić Bazyliki Św. Piotra. A my o mały włos nie popełnilibyśmy tego błędu! Założone przez boga Shivę miasto Varanasi jest bowiem uznawane za niebezpieczne i mieliśmy zamiar je ominąć, zatrzymując się jedynie w pobliskim Allahabadzie, gdzie Ganges łączy się z inną świętą rzeką, Yamuną. Tam, na wielkiej, piaszczystej, pustej przestrzeni zwanej Sangam, wrze właśnie od przygotowań do obchodzonego co sześć lat święta Ardh Mela, które akurat wypada w styczniu przyszłego roku. Święto to wyznacza połowę 12-letniego okresu, kiedy to następuje najlepszy z punktu widzenia Kosmosu moment zanurzenia się w świętych wodach Gangesu – Kumbh Mela. Wtedy to do Varanasi zjeżdża ponad 10 mln osób! My dotarliśmy tu na doroczne święto Dev Dipawali, festiwal światła związany z pełnią Księżyca. Tysiące światełek płynących z prądem rzeki bądź rozstawionych wzdłuż jej brzegów, tłumy ludzi poruszających się wąskim nadbrzeżem niczym ogromny wąż, mrowie wszelkiego rozmiarów łódek, sunących bezszelestnie w obie strony rzeki. Niektóre rozświetlone bladym światłem zniczy, kilka jaskrawo oświetlonych światłem elektrycznym, większość ciemna, a wszystkie pełne ludzi. Magiczna atmosfera. O ile wieczorem w łódkach dominowali Hindusi, o tyle o świcie – turyści. Wschód Słońca nad Gangesem, by zobaczyć, jak Hindusi (każdego dnia ponoć 60 tys. pielgrzymów!) odprawiają rytualną puję, kąpią się, myją zęby bądź też piorą w potwornie zanieczyszczonej rzece (3000 razy norma sanitarna), wart był wstania o 4:30! Okna naszego hotelu wychodziły na kremacyjny Harishchandra ghat (platformę nad rzeką), gdzie 24h na dobę palone są ciała Hindusów. Byliśmy świadkami kilku takich ceremonii, kiedy to przykryte złotkiem zwłoki na bambusowych noszach czekały na swoją kolej położone na gołej ziemi, w brudzie i pyle, tuż obok rozbawionego i podnieconego atmosferą festiwalu tłumu. Niewiele namaszczenia czy zadumy. Ot tak, po prostu. Widzieliśmy też owinięte w białe płótno ciała ciągnięte łódką na środek rzeki i puszczane z prądem. To ofiary ukąszeń węża, których się nie pali, gdyż - według tutejszych wierzeń - dryfując po świętej rzece być może ockną się z komy... Już sam Ganges wywarł na nas duże wrażenie. Szeroki, gładki niczym tafla jeziora, o zmieniającej się kolorystyce – biały o świcie i o zmierzchu, zielonkawy w trakcie dnia. Udało nam się w nim nawet dostrzec zagrożonego wyginięciem słodkowodnego delfina susu!
Etre en Inde et ne pas voir la multitude d’Indous se baignant un petit matin dans le Gange, c’est comme être à Rome et ne pas visiter la basilique Saint Pierre. Et nous, nous avons été sur le point de faire cette cruciale erreur ! La ville de Varanasi, qui à été érigée selon la légende par le dieu Shiva, est commue pour être dangereuse et nous avions l’intention de la contourner, nous arrêtant uniquement à Allahabad, autre ville sainte où le Gange se mêle au fleuve Yamuna. Là, les rives connues sous le mon de Sangam, sont justement en ébullition de part les préparatifs pour la fête Ardh Mela, qui a lieu tous les 6 ans, et tombe en janvier prochain. Cette fête est la demi période de 12 ans où se réunissent les meilleurs conditions d’un point de vue astrologique pour les ablutions dans le Gange, le Kumbh Mela. A cette époque, se réunissent à Varanasi plus de 10 millions de personnes ! Nous, nous sommes arrivés pour la fête annuelle du Dev Dipavali, la fête des lumières qui a lieu le jour de la pleine lune. Des milliers de lumières dérivant au fil du courant ou déposés le long des quais, une foule de gens se déplaçant sur les quais souvent trop étroits comme dans une fourmilière, un serpent de barques de toutes tailles remontant et descendant le courant. Certaines rayonnantes de lampes à huile, d’autres encore illuminés au néons multicolores, et toutes pleines de monde. L’atmosphère est magique. Si le soir c’étaient les Indous qui y étaient majoritaires, autant au petit matin ce sont les touristes. Le lever du soleil sur le Gange, avec les Indous qui font les ablutions pour le puja matinal (chaque jour 60 mille pèlerins, paraît-il) qui se lavent, se brossent les dents ou font leur lessive dans cette eau où le taux de pollution est 3000 fois supérieur à la norme, valait bien de se lever à 4h30 ! Les fenêtres de notre hôtel donnaient sur le ghat Harishchandra, l’un des deux quais où l’on brûle les corps des défunts vingt quatre heure sur vingt quatre. Nous étions témoins de plusieurs de ces cérémonies, où les corps recouverts de films plastiques dorés attendaient leurs tours à même de sol sur leurs brancards, tandis que la foule amusée ne leurs prêtait aucune attention. Nous avons vu aussi un corps enveloppé dans une toile blanche et qui a été emmené au milieu du fleuve et lâché dans le courant. Ce sont les victimes de morsures de serpents que l’on ne brûle pas, car on croit qu’en dérivant ils peuvent se réveiller du coma. Le Gange lui-même nous a beaucoup impressionné. Large, lustré comme la surface d’un lac ; blanc le soir et au petit matin , vert l’après midi. Nous avons réussi à voir un dauphin du Gange (susu) qui est en voie de disparition !

2006/11/22

KHAJURAHO – CZYLI JAK OSIĄGNĄĆ NIRWANĘ UPRAWIAJĄC SEKS TANTRYCZNY / KHAJURAHO - OU COMMENT ACCEDER AU NIRVANA EN PRATIQUANT LE SEXE TANTRIQUE

W małej wiosce Khajuraho w samym środku Indii z zachwytem oglądaliśmy śmiałe sceny erotyczne, podczas gdy grupki Hindusów obok nas nerwowo chichotały. 24 tysiącletnie świątynie, zdobione misternie rzeźbionymi posągami bóstw, zalotnych kobiet, wojowników, słoni czy potworów symbolizujących pożądanie - to unikat na skalę światową. Sceny Kamasutry są centralnymi elementami bocznych fasad, ale mnóstwo często gorzej rzeźbionych drobnych scenek (np. ilustrację zoofilii) można znaleźć też we fryzach czy w zakamarkach świątyń. Obejrzenie wszystkiego zajęło nam trzy dni, choć zorganizowane wycieczki uwijają się w niecałe pół dnia. Niestety, napastowanie turystów przez najrozmaitszych sprzedawców osiąga w Khajuraho swoje szczyty. Na szczęście jednak zatrzymaliśmy się poza samą wioską, w położonym wśród drzew mango domu jogina Sharmy. Nasz gospodarz każdego dnia rano za darmo czytał swoim gościom aurę i interpretował kolory ich czakr. Początkowo byliśmy dość sceptyczni. Jednak to, co nam powiedział o nas samych było tak prawdziwe, że mocno nas poruszyło. Nie zdradzimy nic więcej, ale w każdym razie przed nami świetlana przyszłość!
Dans cette petite bourgade perdue au milieu de l’Inde, nous contemplions avec émerveillement les scènes érotiques osées, tandis que les Hindous rigolaient nerveusement comme des petits écoliers. Ces 24 temples datant pour certains de plus de mille ans, ornés de sculptures de divinités, de femmes séduisantes, de guerriers, d’éléphants ou encore de monstres symbolisants le désir, sont uniques au monde. Les scènes du Kama-Sutra sont les éléments centraux des façades latérales, mais on peut aussi trouver, dans les recoins et les frises, une multitude d’autres scènes, entre autres représentant des scènes de zoophilie. Nous avons mis trois jours pour tout visiter, alors que les tours organisés le font en une demi journée. Malheureusement, à Khajuraho le touriste se trouve pris en otage par la multitude de vendeurs en tous genres. Nous avons eu la bonne idée de nous retrancher en dehors du village, dans une villa noyée dans un jardin de manguiers, appartenant au maître Yogi Sharma. Notre hôte tous les matins et gratuitement lit l’aura de ses invités et interprète les couleurs des différents chakras. Au début nous étions assez sceptiques. Mais ce qu’il nous a dit sur nous même, nous a beaucoup ému, tant cela était vrai. Nous n’en trahirons pas d’avantage les détails, mais en tout les cas nous avons devant nous un age d’or ! :)