2007/10/29

BOIMY SIĘ RIO / ON A PEUR DE RIO

Rio - ostatni przystanek naszej podróży. Zwiedzamy miasto z odrobiną nostalgii i sporą dawką podniecenia przedpowrotowego: co dalej? Zależy nam głównie na zobaczeniu wzgórza Paõ de Açucar oraz słynnej rzeźby Chrystusa Odkupiciela. Jednak Cristo Redentor nas rozczarowuje. Nijak nie możemy zrozumieć, czemu został ostatnio uznany za jeden z siedmiu cudów świata. Zachwycają za to panoramy z obu tych wzniesień. A jest co podziwiać: ocean, rozległa laguna Rodrigo de Freitas, pokryte zielenią pagórki, wszystko harmonijnie wtopione w tkankę miasta i lekko zasnute mgiełką. Z wysoka, w różowawo-pomarańczowym świetle zachodzącego Słońca, nawet obrastające stoki dzielnice nędzy (favele) wyglądają malowniczo...

W niedzielę wybieramy się do centrum miasta. Na ulicach - żywej duszy. Szerokie aleje zieją nienaturalną pustką, w powietrzu silny fetor, bezdomni śpią w podcieniach wysokich na ponad 20 pięter nowoczesnych wieżowców. Zdominowani przez niemalże namacalne poczucie zagrożenia, nie ważymy się robić zdjęć i pędzimy truchtem przed siebie samym środkiem szosy. Czujemy się pewniej dopiero na stacji przedpotopowego tramwaju, którym wybieramy się do dzielnicy Santa Teresa à la francuski Montmartre. Ulotne wejrzenie w życie zwykłych ludzi: kobiety jadą z zakupami do domu lub plotkują na rogu uliczki, mężczyźni grają na skwerku w karty, walcząc z wiatrem, urwisy wyskakują z tramwaju w biegu. W drodze powrotnej autobusem nagle słyszymy strzały. Pasażerowie, jak jeden mąż, kulą się instynktownie i tak mkniemy, skuleni, przez tunel. Docieramy do naszego hoteliku w Ipanemie, najbogatszej i ponoć najbezpieczniejszej dzielnicy Rio, cali i zdrowi. Do plaży, najlepszej w mieście, mamy dwa kroki. Ludzie przechadzają się w kąpielówkach po ulicy, panuje atmosfera nieustających wakacji. Upału jednak nie ma, a woda jest (jak na tutejsze warunki) lodowata. Ostatniego dnia wstajemy na wschód Słońca. Mijamy starszą panią w lokówkach i w szlafroku w drodze po chleb. Plaża jest pusta, poza pojedynczym serfistą i panem na spacerze z psem. Dobiegła końca nasza roczna podróż.

Rio, dernière étape de notre périple. Nous visitons la ville avec un petit pincement au cœur et beaucoup d’excitation avant le retour : qu’y aura-t-il après ? Nous voulons surtout visiter le Pain de Sucre et le fameux Christ Rédempteur. Pourtant le Cristo Redentor nous déçoit un peu. Nous ne comprenons pas pourquoi il a été plébiscité en tant que l’une des sept merveilles du monde. Les panoramas en revanche valent bien le détour. Il a quoi admirer : l’océan, la grande baie Rodrigo de Freitas, les collines recouvertes de verdure, tout est en symbiose avec le plan d’urbanisme et légèrement voilé de brume. De haut, à la lueur chaude du soleil couchant, même les favelas qui recouvrent les coteaux ne sont pas si moches que ça.Le dimanche nous partons pour le centre ville. Pas un chat dans les rues. Les grandes avenues terrorisent par leur désolation, l’air empeste, des sans abris ont investis les arcades des grands immeubles de plus de 20 étages. Nous flairons viscéralement le danger et filons devant nous, sans se faire remarquer à prendre des photos, au beau milieu de l’avenue. Nous ne nous sentons en sécurité qu’à proximité de la station d’un tram d’une autre époque, que l’on prend pour Santa Teresa, un quartier à la Montmartre. Furtives images de vie de tous les jours de gens ordinaires : les femmes rentrent avec leurs courses ou bien papotent au coin de la rue, les hommes jouent aux cartes sur les squares lutant contre le vent, les gamins sautent du tram en route. Sur le retour dans le bus, tout d’un coup on entend des coup de feu. Les passages comme un seul homme se recroquevillent alors qu’on file à toute allure dans le tunnel. Nous atteignons saint et saufs notre hôtel à Ipanema, le quartier le plus cher et soit disant le plus sûr de tout Rio. Nous avons la meilleur plage de la ville à deux pas. Les gens se promènent en slips de bains dans la rue, il y a dans l’air une ambiance de vacances perpétuelles. Il ne fait pourtant pas très chaud et l’eau est pour les standards locaux glacée. Le dernier jour nous nous dépêchons pour le lever du soleil. Nous croisons une femme en bigoudis et en peignoir sur son chemin à la boulangerie. La plage est vide à part un surfeur et un monsieur avec son chien. C’est la fin de notre voyage.