2007/02/09

KULTURALNIE / CULTURELLEMENT

Jakbyśmy wpadli w pętlę czasową: organizując trek w Kathmandu dreptaliśmy w tę i z powrotem po jednej jedynej ulicy w szalenie turystycznej dzielnicy Thamel, nie wyściubiając nosa ani o milimetr poza jej obręb. Jak w jakimś złym śnie: w górę i w dół; sklep, knajpa, agencja turystyczna, sklep, kafejka, hotel; w tę i z powrotem. Nic poza tym. Po trzech dniach ruszyliśmy w góry, prawie nie mając kontaktu z Nepalczykami – Thamel to getto turystów. Po treku – podobnie: spędzaliśmy Święta w równie turystycznej Pokharze. Tutejszy główny trakt nad samym jeziorem to znów zatrzęsienie sklepów i knajpek nastawionych wyłącznie na zagranicznych gości. Tym większa była więc nasza radość i satysfakcja, kiedy wreszcie wyrwaliśmy się z tego zaklętego kręgu turystowa i ruszyliśmy na zwiedzanie zabytków doliny Kathmandu. Najpierw dwa sztandarowe zabytki samej stolicy – dwie olbrzymie, buddyjskie stupy (miejsce pochówku i kultu): położona w sercu miasta Bodnath, gdzie tłumy miejscowych buddystów o zachodzie Słońca przyłączają się do magicznego korowodu, kręcąc się zgodnie z ruchem wskazówek zegara wokół budowli, w rytm szurania butami, furkotu modlitewnych kręciołków i odprawianych po cichu mantr; oraz położona na wzgórzu Swayambunath, skąd roztacza się szeroka panorama na miasto (oraz zapewne także na okoliczne góry, tyle że ich nie widać z powodu przeraźliwego zanieczyszczenia), i gdzie trzeba uważać na wszędobylskie, dość agresywne małpy. (Oboje zresztą padliśmy ofiarami ich - na szczęście niegroźnych - ataków). Charakterystyczne oczy Buddy zdobiące obie stupy widnieją na co drugiej pocztówce. Następnie wybraliśmy się do Bhaktapuru, średniowiecznego miasta położonego o godzinę drogi autobusem od Kathmandu. Po przejściu bram miasta znaleźliśmy się w zupełnie innym, zaklętym w czasie, świecie: brukowane ulice, zero samochodów, pięknie rzeźbione i zdobione budynki, na każdym rogu świątynka wtopiona naturalnie w życie mieszkańców, zaułki i skwerki z ołtarzami bądź kapliczkami, gdzie ludzie suszą ziarna, pranie bądź grają w karty. Centrum stanowi spokojny, przestrzenny Durbar Square (Plac Pałacowy) z zatrzęsieniem zabytków klasy 0, na którym dzieci bawią się w berka, ludzie śpią na schodach prastarych świątyń bądź też plotkują w pałacowych podcieniach. Przemiły, niespieszny dzień pełen zachwytów, „ochów” i „achów” na każdym kroku. Podobny Durbar Square znajduje się w pobliskim Patan. Więcej tu turystów, większe zamieszanie. Kipiący życiem plac fascynuje. Wybieramy się na odkrywanie zabytkowych perełek porozrzucanych po mieście. Największe wrażenie robi na nas buddyjska Golden Temple, która - jak sama jej nazwa wskazuje - rzeczywiście jest złota. Paradoksalnie Durbar Square w samym Kathmandu, wpisany na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO, podoba nam się najmniej; być może dlatego, że wiele zabytków znajduje się w remoncie i panuje tu nieopisany chaos. Do tego męczą nas natarczywi, samozwańczy przewodnicy, warczące motory, pseudo-święci mężowie sadu, którzy polują na fotografów, żądając dolara za zdjęcie, walające się pod nogami śmiecie, targowisko na każdym podeście zabytkowej budowli. W jednym z tutejszych pałaców odkrywamy boginię Kumari. Kilkuletnia dziewczynka, która spełnia określone wymogi i pomyślnie przejdzie przez przeróżne próby, czczona jest jak bogini do czasu swojej pierwszej miesiączki. Zamknięta w swoim domostwie, wychodzi na miasto w triumfalnym korowodzie jedynie raz w roku. Poza tym codziennie o czwartej po południu ukazuje się na moment ciekawskim i wiernym. Niestety, spieszymy się do ambasady hinduskiej i nie dane nam jest zawołać ją, by wychyliła się z okienka. A szkoda!
C’est comme si on était tombé dans une boucle temporelle: en organisant à Kathmandu notre trek, nous déambulions le long d’une seule rue dans le très touristique Thamel, sans en mettre le nez dehors. Comme dans un mauvais rêve : magasin, café, agence touristique, magasin, resto, magasin, hôtel, allé et retour. A part ça, rien. Après trois jours nous sommes partis, n’ayant presque pas eu de contact avec les Népalais – le Thamel c’est un ghetto pour les touristes. Après le trek, nous avons passé les fêtes dans la ville de Pokhara tout aussi touristique. La rue principale qui longe le lac n’est qu’un amas de boutiques, de cafés et de restaurants qui sont dirigés vers une clientèle uniquement internationale. D’autant plus grande était notre bonheur et notre satisfaction quand nous nous sommes arrachés de ce cercle vicieux touristique et que nous sommes partis explorer le patrimoine historique de la vallée. Tout d’abord, les deux fers de lance de la capitale : deux immenses stupa (tombe et lieu de culte) : Bodnath où des milliers de bouddhistes se joignent au coucher du soleil dans une immense procession en tournant autour du stupa dans le sens des aiguilles d’une montre, dans le bruissement des pas, le cliquetis des moulin de prière et le son des mantras récités tout bas ; et Swayambunath, d’où on peut contempler un large panorama sur la ville (ainsi que probablement sur les montagnes environnantes, s’il n’y avais pas l’épaisse brume due à la pollution), et où il faut faire attention aux singes plutôt agressifs (d’ailleurs, nous avons été tous les deux victimes de leurs attaques – heureusement pas dangereuses). Sur chaque carte postale on peut voir les yeux caractéristiques de Buddha habillant les deux stupas. Puis nous sommes allés à Bhaktapur, ville moyenâgeuse qui se situe à une heure de route de Katmandou. En passant les portes de la ville, c’est comme si l’on s’était retrouvé dans une autre époque. Les rues pavées, pas de voitures, de superbes bâtiments avec d’encore plus superbes détails architectoniques, à chaque coins de rues un temple naturellement fondu dans la vie des habitants, des recoins et des squares avec de petits hôtels ou avec de petites chapelles, où les gens sèchent leurs blé ou jouent aux cartes. Le centre forme le grand Durbar Square (la grande place du palais) avec une éruption de monuments classés, où les enfants jouent à chat, les gents dorment à même le sol des temples anciens ou bien discutent dans les cours ombragés des palais. Un jour formidable remplis de fortes émotions. Un semblable Durbar Square se trouve à Patan. Ici, plus de touristes et moins de quiétude. La place en ébullition fascine . Nous partons à la recherche de véritables perles rares éparpillées dans la ville. Le plus d’effet fait sur nous le Temple bouddhique Golden Temple, qui comme le nom l’indique est vraiment doré. Paradoxalement, le Durbar Square à Katmandou même,qui est inscrit sur la liste de l’UNESCO, nous plaît le moins. Peut être parce que beaucoup de bâtiments se trouvent en rénovation et qu’il y a ici un chaos indescriptible. De plus, nous fatiguent les guides autoproclamés, les motos rugissantes, les pseudos saints sadu qui chassent les photographes en demandant un dollar pour une photo, les détritus par terre, les échoppes du marché sur chaque soubassement de temple. Dans un des bâtiments nous découvrons la déesse Kumari, une fillette, qui - ayant remplis les conditions et pasé de différents tests - est vénérée comme une déesse jusqu’au jour de sa première menstruation. Enfermée dans son palais, elle sort dans une procession triomphale qu’une fois par an. A part ça tous les jour à quatre heure de l’après midi elle se montre quelque temps aux curieux et à ses fidèles. Malheureusement, nous nous pressons à l’ambassade indienne et nous n’avons pas l’opportunité de l’appeler pour qu’elle se montre par la fenêtre, dommage !

No comments: