Powinniśmy byli wiedzieć, że zorganizowane wycieczki nie są dla nas… W Wietnamie jednak tak trudno zrobić jest coś na własną rękę, że w Sajgonie idziemy na łatwiznę i wykupujemy wycieczkę do tunelów Cu Chi. Wraz z 50-osobową grupą zwiedzamy fragment tej ponad 200-kilometrowej sieci podziemnych korytarzy wybudowanych przez Ho Chi Minha pod samym nosem Amerykanów. Nasz przewodnik to kombatant, który silnie pachnie alkoholem, mocno się emocjonuje i co chwila podnosi na nas głos, żądając reakcji na swoje żarty, które nieodmiennie kręcą się wokół grubych tyłków turystek… Same tunele to jednak niezły czad. Z trudem powstrzymujemy się przed atakiem paniki, gdy robi się coraz węziej i ciemniej, a my musimy posuwać się niemalże na czworakach. Nie dziwne, że Wietnamczycy wygrali ze Stanami: potrzeba niesamowitej determinacji, motywacji i samozaparcia, by móc żyć i walczyć w takich warunkach. Wychodzimy zlani potem – z emocji i gorąca.
Nous aurions dû savoir que les tours organisés ce n’était pas pour nous... Au Viêt-Nam pourtant difficile d’y échapper, tant il est dur de faire quoi que ce soit par soit même. A Saigon nous allons au plus facile et nous achetons un tour pour les tunnels de Cu Chi. Avec 50 autres personnes nous visitons une partie de labyrinthe souterrain de plus de 200 km qui a été construit par Ho Chi Minh sous le nez des Américains. Notre guide, c’est un combattant, qui sent fort l’alcool, s’emporte, monte sa voix sans cesse et exige que l’on réagisse à ses blagues, qui à chaque fois tournent autour des grosses fesses des touristes (femmes)... Par contre, les tunnels eux-mêmes sont incroyables. Avec peine nous nous préservons d’une crise de panique, quand le tunnel se rétrécit et s’assombrit et nous devons nous déplacer pratiquement à quatre pattes. Pas étonnant que les Vietnamiens ont gagnés avec les Etats-Unis: il faut une incroyable détermination et une ténacité à toute épreuve pour pouvoir vivre et combattre dans de pareils conditions. Nous sortons trempés– d’émotion et de chaleur. 


2007/04/15
KLAUSTROFOBOM WSTĘP WZBRONIONY / ENTREE INTERDITE AUX CLAUSTROPHOBES
SIELANECZKA / TRANQUILLES
Spacer wcześnie rano po polach ryżowych w okolicach Hoi An to jedno z naszych najmilszych wspomnień z Wietnamu. Spotykamy pastuszka na bawole, kobiety pracujące w oceanie zieleni, chłopców łowiących żaby. Jeden mężczyzna zbiera ślimaki, drugi trawę, jeszcze inny nic nie robi, tylko duma nad liliami wodnymi. Podczas wędrówki wąską groblą pomiędzy dwoma zatopionymi w wodzie poletkami towarzyszy nam głośne kwakanie kaczek na sadzawce ukrytej w samym środku pól. Poza tym – cisza.
La ballade tôt le matin que nous avons fait dans les environs de Hoi An, c’est l’un des moments des plus agréables au Viêt-Nam. Nous rencontrons un paysan sur son énorme buffle, des femmes qui travaillent dans cet océan de verdure, des garçons à la chasse aux grenouilles. Un homme cueille des escargots, un autre ramasse de l’herbe, encore un autre ne fait rien : il médite au dessus des nénuphars. Au cours de la promenade, un concert de canards ce fait entendre, depuis une marre perdue entre les champs. A part ça – le silence.




NA STRAGANIE W DZIEŃ TARGOWY / SUR L’ETALE UN JOUR DE MARCHE
Kolejne miasto na liście dziedzictwa ludzkości UNESCO na naszej trasie to Hoi An. Stare miasto, stare budynki, stare świątynie. Plus zatrzęsienie krawców. Nam jednak najbardziej podoba się... tutejszy targ rybny: tłok łódek rybackich w porcie, kłębowisko handlarek przekrzykujących się nawzajem, różnorodność sprzedawanych ryb, kobiety w kuckach chroniące się przed słońcem pod stożkowatymi kapeluszami, orgia zapachów i smrodków ; ). Zaraz obok - wielokolorowy targ warzywny i kwiatowy, który tylko ciutkę łagodzi ostry zapach ryb...
La ville suivante classée sur la liste de l’UNESCO c’est Hoi An. Une vieille ville, de vieilles maisons, de vieux temples. Et une multitude de tailleurs. Pourtant ce qui nous plaît le plus ici c’est le marché des poissonniers : ça grouille de bateaux de pêche, ça grouille de vendeurs qui s’écrient à tu tête, ça grouille de denrées, les femmes accroupies se protègent du soleil avec leurs chapeaux en paille de riz. Orgie de sens et de puanteurs ;) Tout près de là, le marché aux légumes et aux fleurs, hauts en couleurs, qui arrivent peine à masquer les odeurs.













STRUŚ PĘDZIWIATR / L’AUTRUCHE BIPBIP
W Hue poddajemy się naciskowi rykszarzy i dajemy się obwieźć po zabytkowej cytadeli. Miasto w mieście, plus zabytkowy pałac. Dużą frajdę sprawia nam zwiedzanie na skuterze pagody Thien o
wyjątkowym kształcie wieży, położonej nad samym brzegiem rzeki Perfum. Przechadzamy się po japońskim ogrodzie; zaglądamy do świątyni zen, której surowość w sposób automatyczny wymusza na nas respekt. Potem pędem do grobowca ostatniego cesarza Tu Duc. Mamy mało czasu, a szkoda, bo ogrody zachęcają do przeczekania w nich potwornego upału. Spieszymy się jednak na autobus... Zresztą w ogóle potwornie w tym Wietnamie pędzimy! Bo i tak to czas nijako kradziony – zgodnie z planem
powinniśmy już byli być w Australii...
A Hue nous nous laissons convaincre, sous le poids des avances d’un cyclo, à faire un tour dans la citadelle. Une ville dans la ville avec son palais. Nous apprécions la visite en scooter de la pagode Thien avec sa tour exceptionnelle, surmontant la rivière des
Parfums. Nous nous baladons dans un jardin japonais, nous jetons un œil dans le temple zen, qui par son esthétique crue nous force au respect. Plus tard, sur les chapeaux de roues le mausolée du dernier empereur Tu Duc. Nous avons peu de temps, dommage, car les jardins
nous tendent les bras pour échapper à la canicule. Nous nous dépêchons pour prendre le bus…D’une manière générale au Viêt-Nam nous fonçons ! Car en fait ce temps est volé – selon notre planning nous devrions déjà être en Australie…























