2007/03/09

MNISI NA POLOWANIU / DES MOINES A LA CHASSE

Nikt nie śmie na głos powiedzieć, że Angkor Wat nie powala na kolana. „Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”, zastanawiamy się, spacerując wśród ścian tego największego na świecie założenia świątynnego z XII wieku. Dopiero z czasem, wracając tu po raz kolejny, zaczynamy doceniać jego dostojny, nieco surowy urok. Kolana bolą od pokonywania szalenie stromych i wysokich schodów rozlicznych świątyń. Czasem aż strach spojrzeć w dół – u stóp otwiera się przepaść! Wdrapanie się na szczyt takiej świątyni zakrawa na wyczyn – wędrówka do świata bogów nie może być przecież zadaniem łatwym. Na zwiedzaniu świątyń z epoki imperium Angkoru (IX-XV) spędziliśmy cały tydzień, a i to wydało nam się mało! Codziennie rano, chroniąc się przed chłodem poranka pożyczonym z hotelu kocem, pędzimy tuk-tukiem, prowadzonym przez ex-mnicha buddyjskiego, na zwiedzanie kolejnych świątyń. Przerwa na lunch gdzieś w zacienionym i zacisznym zakątku ruin. Rozmowa z mnichami, którzy niczym myśliwi krążą po najbardziej turystycznych atrakcjach, polując na cudzoziemców, by poćwiczyć swój angielski; (wbrew pozorom nie jest to zadanie łatwe, bo dominują zorganizowane grupy Azjatów). Intensywnie zwiedzamy od wschodu do zachodu Słońca: 216 kamiennych, enigmatycznych głów Bayonu, świątynie Ta Prohm i Banteay Kdei pochłonięte przez żywioł przyrody, ruiny Beng Mealea, po których wspinamy się, chwytając się średniowiecznych reliefów, tajemnicze rzeźbienia koryta rzeki w Kbal Spean, misterne zdobienia maleńkiej, czerwonej Banteay Srei. W sumie zwiedzamy 25 świątyń, do niektórych wracamy kilkakrotnie. Ostatni dzień jest nostalgiczny: jakbyśmy czytali ostatni rozdział pasjonującej, świetnie napisanej książki. Żal, że się kończy.

Personne n'ose dire tout haut qu’Angkor Wat n’émerveille pas. On est pourtant bien déçu à la première visite de ce temple, la plus grande construction religieuse au monde datant du XII siècle. Seulement plus tard, avec le temps, en revenant sur nos pas, nous apprécions sa beauté digne, presque crue. Les genoux font mal à gravir les marches extrêmement hautes des nombreux sanctuaires. Parfois à regarder vers le bas ça donne le vertige – à nos pieds s’ouvrent de vrais précipices ! Gravir un tel temple s’apparente à un exploit – le chemin qui mène au monde des dieux ne peut pas être facile ! Nous avons passé une semaine entière à visiter les temples de l’époque de l’empire d’Angkor (IX- XV) et même cela nous a paru trop court ! Chaque matin, nous abritant du froid avec une couverture empruntée à l’hôtel, nous fonçons sur notre tuk-tuk conduit par un ex-moine bouddhiste, pour visiter de nouveaux temples. Pause du déjeuner à l’ombre des ruines. Conversations avec des moines, qui comme des chasseurs rôdent autour des temples les plus touristiques dans l’attente d’attraper un touriste pour pratiquer leur anglais ; (ceci n’est pas facile, car il y a principalement des groupes asiatiques organisés). Nous visitons intensément du levé au couché : 216 énigmatiques têtes de Bayon, Ta Prohm et Banteay Kdei noyés dans la jungle, Beng Mealea en ruine que nous escaladons prenant prise sur les reliefs ancestraux, les sculptures énigmatiques dans le lit de la rivière à Kbal Spean, les fabuleux ornements du tout petit et rouge Banteay Srei. En tout, nous visitons 25 temples, dont certains plusieurs fois. Le dernier jour est nostalgique : c’est comme si nous lisions le derniers chapitre d’un bon livre, superbement écrit. Dommage que ça se termine.

No comments: