W życiu żadne z nas nie było tak długo w górach – całe trzy tygodnie! Od świata dzieliło nas jakieś 10 dni marszu. Byliśmy więc - dosłownie - z dala od cywilizacji, od wszelkiego zamętu, hałasu, zgiełku. Te dopadły nas z powrotem, jak tylko zeszliśmy na nizinę. Znów głośna muzyka, ryk motorów, trąbienie samochodów, pośpiech, brud, które uderzają w wyciszonego przez kontakt ze spokojem gór człowieka ze zdwojoną siłą... „Himalaje są wielkie i ... wielkie” – zapisał Antoś w swoim pamiętniku, nie znajdując słów, by opisać te góry, które są rzeczywiście tak ogromne, że aż kręci się w głowie. „Wszędzie góry” – lapidarnie podsumował trek nasz tragarz Padam. Można dodać: usiane maleńkimi wioskami, w których co noc zatrzymujemy się na nocleg. Do tego rzeki i strumyki, przez które przeprawiamy się wiszącymi mostami, kładkami czy skacząc z kamienia na kamień. Wodospady. Karawany obładowanych niemiłosiernie osiołków. Tragarze niosący na grzbi
ecie niewiarygodne konstrukcje towarów na sprzedaż. Grupki Tybetańczyków wędrujących przez góry, odmawiający mantry pod nosem czy pędzący na przysadzistych konikach Nepalczycy w puchówkach. Ryte, kamienne tablice modlitewne, wielokolorowe flagi buddyjskie, ciągi modlitewnych kręciołków (im dalej w góry, tym ciągi stają się dłuższe), zdobione bramy do wiosek, buddyjskie świątynie. Kozice, jaki, kołujące nad głowami griffons. Pantery, których ślady obserwujemy rano na szlaku. Podobno są tu też yeti : ) Nasz trek wokół Annapurn (jest ich cztery) to ponoć jedna z piękniejszych widokowo wędrówek po Himalajach. Pierwsza część – doliną Marsyangdi Khola. Rzeka o pięknym zielonkawo-turkusowym kolorze w miarę jak pniemy się do góry, staje się coraz bardziej r
wąca i porywista. Nasz cel: przełęcz Thoroung La na 5416 m. n.p.m. Właściwie dwa pierwsze tygodnie to przygotowanie do jej przejścia. Na tych wysokościach łatwo już bowiem o chorobę wysokościową, która w ostrym stadium może być śmiertelna. Remedium: powoli aklimatyzować się do wysokości, od 3500 m. n.p.m. nie piąć się w górę więcej niż 350 m. dziennie. W drodze na przełęcz mijamy sporo idących w drugą stronę ludzi, którzy zbyt szybko chcieli zaliczyć przełęcz i byli zmuszeni zejść w dół. Słyszymy też niejedną historię o ludziach, którzy byli tak słabi, że transportowano ich na nizinę helikopterem. My na szczęście czas mamy. W ramach aklimatyzacji wyruszamy na 4-dniową wyprawę w wyprawie: schodzimy z trasy treku, by dotrzeć do położonego na 4920 m. n.p.m. jeziora Tilicho. Chcemy dotrzeć do tego najwyższej położonego na świecie jeziora dokładnie w Antosia urodziny, to jego prezent. Żeby tego dokonać, jeden dzień pokonujemy osuwiska, piarżyska i potworne stromizny na skraju przepaści. Docieramy do bazy u podnóża jeziora, skąd następnego dnia wcześnie rano zaczynamy wspinaczkę 900 m. w górę. Wysokość daje się we znaki, trudno jest oddychać, materia stawia opór. Wciąż w górę i w górę, a jeziora jak nie ma, tak nie ma. Im wyżej, tym zimniej. Wreszcie docieramy do celu. Modlitewne flagi i stosiki kamienne, a w dole jezior
o o głęboko niebieskim kolorze, w rzadkich plamach Słońca zmieniające odcień na turkusowy. Kra. Chronimy się przed przeszywającym, lodowatym wiatrem za głazem. Wznosimy toast zakupioną specjalnie na ten cel lokalną brandy i zagryzamy zamarzniętym na kość batonem Mars zamiast urodzinowego tortu. Słyszymy huk schodzącej nieopodal nas lawiny. Robimy szybko pamiątkowe zdjęcia i uciekamy w dół. Resztę urodzin spędzamy w schronisku opatuleni po uszy wszystkim, co się da. Kończący 34 lata Antoś wygląda jak larwa krasnala J Następnego dnia przez cały dzień jest regularna zadymka: śnieg i porywisty, mocny wiatr. Nie ma mowy o ruszeniu w drogę powrotną. Zakopujemy się w śpiworach i czekamy. Kolejnego dnia jest cudnie: Słońce jak żyleta, jakieś 10 cm dziewiczego śniegu. Góry całkiem odmienione, świeże, nietknięte. Przebijamy się z powrotem w kopnym śniegu, który czasem w zaspie sięga nam aż do pasa. Trasa, która wydawała się trudna w tamtą stronę, teraz jest jeszcze większym wyzwaniem. Docieramy do pierwotnego szlaku ślizgając się po lodzie i kopnym śniegu jak na łyżwach. Po takiej przeprawie jesteśmy już świetnie zaaklimatyzowani do wysokości. Na przełęczy nie powinniśmy mieć żadnych problemów. I rzeczywiście: poza zmęczeniem (wyruszamy w górę dobrze przed wschodem Słońca), idzie nam jak z płatka. Zaraz po przejściu prze
łęczy Taroung La krajobraz zmienia się drastycznie. Sucha, przypominająca Tybet kraina, zwana Muktinath. Schodzimy z przełęczy przez 6h ostro w dół (kolana cierpią!), mając cały czas przepiękne, niemalże księżycowe widoki przed oczami. Tak zaczyna się drugi etap treku – powrót do cywilizacji doliną rzeki Kaligandaki. Więcej tu turystów, na niektórych odcinkach mijają nas nawet motory! Nie do końca nam się to podoba, wydłużamy więc krok i wędrujemy po 8h dziennie, wciąż podziwiając. A jest co, bo dolina tej rzeki jest zupełnie wyjątkowa: niesamowicie szeroka, z rzeką płynącą po kamienistym dnie tylko jednym z setek możliwych koryt. Szlak często prowadzi po tych kamulcach, które znacznie utrudniają nam marsz. Ostatni przystanek przed zejściem z gór: wioska Tatopani, słynąca z gorących źródeł. Oferujemy sobie pełno dniowy, uczciwie zasłużony relaks. Pyszne ciasto z jabłkami zagryzamy pomarańczami prosto z drzewa. P
otem już tylko zejść do drogi, wynająć dżipa, złapać jeden autobus, przesiąść się na drugi i po 3,5h mordęgi po wyboistej drodze dotrzeć do Pokhary, drugiego co do wielkości miasta Nepalu. Żegnajcie góry, witaj mieszczuchowy komforcie!
Aucun d’entre nous n’a jamais été aussi longtemps en randonnée – trois semaines complètes ! Nous étions éloignés du monde de quelques 10 journées de marche. De fait, nous étions loin de toute civilisation, de tout chahut, de tout bruit. Ceux-ci nous sont retombés dessus dès que nous sommes retournés dans la plaine. De nouveau, la musique à fond, le hurlement des moteurs, les klaxons, l’empressement, la crasse qui agressent d’autant plus ceux qui redescendent apaisés et sereins des montagnes… « Les montagnes de l’Himalaya sont immenses et… immenses » – a écrit Antoine dans son journal, ne trouvant pas les mots pour décrire ces montagnes qui sont en effet si grandes qu’on en a le vertige. « Partout des montagnes » - a résumé avec acuité notre porteur Padam. On peut ajouter : parsemées de petits villages, où nous passons nos nuits. A cela s’ajoutent des rivières et des torrents que nous traversons grâce aux pont
s suspendus, ou en sautant de pierre en pierre. Des chutes d’eau, des caravanes d’ânes terriblement surchargés. Des porteurs supportant sur leurs dos des constructions incroyables de denrées en tout genre. Des petits groupes de Tibétains marchant et récitant leurs mantras sous leurs nez ou encore des cavaliers népalais dans leurs doudounes qui foncent à toute allure sur leurs chevaux trapus. Des pierres gravées d’inscriptions religieuses, des drapeaux multicolores, des moulins à prière (plus on est loin dans les montagnes, plus ils sont longs), des portails ornés à l’entré des villages, des temples bouddhistes. Des chamois, des yaks, des griffons tournant au dessus de nos têtes. Des panthères, dont nous contemplons les traces sur notre sentier. A ce qu’on dit, le yeti habite ici aussi ;) Notre trek autour des Annapurnas (il y en a quatre) c’est une des plus belles ballades dans l’Himalaya. La première partie - la vallée de Marsyangdi Khola. Une rivière d’une superbe couleur turquoise, plus on vas en avant, plus elle est rapide. Notre but : le col Thoroung La à 5416 m d’altitude. En fait, les deux premières semaines c’est la préparation à l’ascension. A ces altitudes il est facile de contracter une maladie des montagnes, qui dans son état aigu peut être mortelle. Le remède : petit à petit s’acclimater à l’altitude et au dessus de 3500m ne pas monter plus de 350 à 400 m par jour. Sur la route vers le col nous croisons beau
coup de gens qui ont voulu aller trop vite et du coup étaient obligés de rebrousser chemin. Nous avons aussi entendu parlé à maintes reprises de personnes dans un état si préoccupant qu’ils étaient obligés d’être héliportés. Heureusement nous avons tout le temps qu’il nous faut. Pour nous acclimater, nous nous écartons de la route principale et faisons une excursion vers le lac Tilicho qui est à 4920m d’altitude. Nous voulons arriver à ce lac (le plus haut lac du monde) le jour de l’anniversaire d’Antoine, c’est son cadeau. Pour cela, nous passons un jour à traverser des glissements de terrain, des pierriers et des déclivités à la limite du précipice. Nous arrivons au base camp au pied du lac, d’où le lendemain à l’aube nous partons pour une ascension de 900m. L’altitude se fait ressentir, nous avons des difficultés pour respirer, la matière nous freine dans notre progression. Toujours et toujours plus haut, et toujours pas de lac. Avec l’altitude, il fait de plus en plus froid. Finalement, on arrive, les drapeaux de prière, et les monticules de pierres, et plus bas le lac d’un bleu profond, dans les rares taches de soleil, turquoise. Des plaques de glaces se forment. Nous nous réfugions du vent glacial derrière un rocher. On bois à la santé un whisky made in Nepal acheté spécialement à l’occasion et en guise de gâteau un Mars dur comme du fer. On entend le tumulte d’une avalanche qui passe pas très loin. Vite quelques photos souvenir et on détalle vers le bas. Le reste de l’annivers
aire, nous le passons dans la chambre d’hôtel couverts de tous ce que l’on a. Antoine 34 ans ressemble à une larve d’un lutin : ) Le jour suivant, c’est la tempête, neige et vent. Pas question de redescendre dans ces conditions. Nous nous enterrons dans nos sac de couchage et attendons. Le lendemain, grand beau, quelques 10cm de neige à peine, les montagnes complètement transfigurées. Nous traçons le sentier dans cette poudreuse immaculée qui par endroit dans les congères nous arrive jusqu’à la taille. Le sentier qui nous semblait déjà difficile à l’aller, est maintenant encore un plus grand défit. Nous atteignons le sentier principal en faisant des glissades dans la poudreuse et la glace. Après ce périple nous sommes très bien acclimatés à l’altitude. Nous ne devrions pas avoir de problèmes au col. Et en effet, à part la fatigue (on se lève bien avant la levée du jour), nous avalons les dernier 1000m sans problèmes. Dès que l’on passe le col, on se rend compte que le paysage a changé drastiquement. La région, connue sous le nom de Muktinath, est sèche et ressemble au Tibet. Nous descendons du col 6 heures, la pente est forte, les genoux souffrent ! Nous avons devant nous tout le long de cette longue descente de superbes paysages, presque lunaires. V
oilà comment commence la deuxième étape de notre périple - le retour à la civilisation le long de la vallée de Kali Gandanki. Il y a bien plus de touristes ici, à certains endroits on croise même des motos ! Ceci ne nous convient pas complètement, alors on allonge le pas, nous faisons des étapes de 8h, toujours émerveillés. Et il y a de quoi, la vallée est tout à fait exceptionnelle, très large et la rivière fraie son lit parmi une centaines d’autres possibles. Le sentier passe souvent par ces pierriers qui nous ralentissent considérablement. Dernière étape dans les montagnes, le village Tatopani, connue pour ces sources chaudes. Nous nous offrons un jour complet de repos. Nous dégustons de délicieux gâteaux aux pommes en alternance avec des oranges fraîchement cueillies. Puis quelques heures jusqu’à la route, prendre une jeep, un bus, changer de bus et après 3,5h de mauvaise route arriver à Pokhara, deuxième ville du Népal. Adieu les montagnes, vive le confort citadin !

No comments:
Post a Comment