Dużą część naszej podróży zajmuje nam... samo podróżowanie. Przyjazd na nowe miejsce, przebicie się przez gąszcz oszustów, krętaczy, naciągaczy i naganiaczy, którzy nieodmiennie oblegają dworce, znalezienie dachu nad głową i miejsca, gdzie można coś zjeść, kiedy nazwy potraw nic nam nie mówią, w zupie pływają różne różności, a my nie mamy pojęcia, co z tego jest jadalne, co jest cholernie ostre, a co jest jedynie niejadalną przyprawą – to zadania niby banalne, ale równocześnie mocno czasochłonne, a często także i stresogenne. Do tego dochodzi zorganizowanie dalszej podróży – zorientowanie się skąd, jak, za ile i kiedy będziemy jechać dalej. Znów: niby nic, a pochłania mnóstwo czasu... Co więcej, przestrzenie, które przemierzamy, są ogromne. Do tej pory przejechaliśmy lądem ok. 7 tys. km (czyli, wedle naszych szacunków, poruszając się ze średnią prędkością 25km/h, jakieś 280 godzin - 12 dni - w środkach transportu!). Żeby dostać się z Kathmandu do Bangkoku byliśmy w podróży przez bite cztery dni - podróż gigant! Pierwszy etap: Kathmandu – Kalkuta, by zdążyć na samolot do Bangkoku (tranzytem przez Rangoon). Czas: 48h i to tylko dlatego, że rezerwujemy bilet na kolej indyjską jeszcze w Nepalu (słono przepłacając), by uniknąć utknięcia gdzieś po drodze w Indiach z braku miejsc. Podróż minibusem z Kathmandu do granicy nepalsko-indyjskiej zajmuje nam cały dzień. Pniemy się serpentynami w górę, by zjechać do doliny po drugiej stronie gór. Dla wielu żołądków to zbyt wiele, co widzimy po karoseriach mijanych busów. Przepiękna panorama na ośnieżone szczyty Himalajów z nawiązką rekompe
nsuje trudy podróży. Do przygranicznego miasta Birgunj docieramy tuż przed zmrokiem. Hotel – koszmar! Najgorszy, w jakim do tej pory przyszło nam się zatrzymać: lepko i śmierdząco od brudu, pościel cała zakrwawiona, ściany w brunatnych smugach, szemrana obsługa spod ciemnej gwiazdy, z którą trzeba walczyć o wszystko – od zmiany pościeli i dostarczenia dodatkowych kocy, po ciepłą wodę do mycia (pomimo reklamy „ciepły prysznic przez 24h/dobę”!). Do tego wycie „Hare Kriszna” przez całą noc za oknem, które nad ranem okazuje się wcale nim nie być – wychodzi po prostu na dalszą część budynku jeszcze w stanie surowym. Syf i malaria. Rykszą przekraczamy granicę o świcie, w gęstej, szarej mgle. Udaje nam się wymigać od płacenia łapówek skorumpowanym urzędnikom po obu jej stronach – dużo się uśmiechamy oraz stanowczo i wielokrotnie powtarzamy, że forsy już/jeszcze nie mamy. Docieramy na stację kolejową wcześnie rano po to tylko, by okazało się, że pociąg (jak zwykle w Indiach) jest spóźniony o prawie 4h. Gotujemy więc spokojnie śniadanie w poczekalni, a potem jemy obiad w dworcowej knajpie dla lokalsów. Podróż zatłoczonym po brzegi pociągiem trwa 20h. Winszujemy sobie roztropnego zakupu biletu z wyprzedzeniem, bo ludzie śpią pokotem w każdej wolnej przestrzeni pociągu czy we dwójkę na jednej ku
szetce. Nie sposób wetknąć szpilki, o przedarciu się nocą do toalety nawet nie wspominając. W Kalkucie jest akurat jakiś festiwal i wszystkie hotele są zajęte – cudem udaje nam się znaleźć wolny pokój za wygórowaną cenę. Kolejna komplikacja: przez przypadek dowiadujemy się, że w dniu naszego wylotu (czyli następnego dnia) o 6 rano rozpoczyna się strajk generalny, w którym uczestniczą również taksówkarze. Rezultat: jedziemy na lotnisko o 4 nad ranem, by taksówkarz zdążył wrócić przed 6 do miasta. Inaczej bowiem mógłby zostać ukamienowany przez tłum jako łamistrajk. Przed nami więc 4h do otwarcia okienek check-inu. Potem jeszcze tylko czekanie na odprawę paszportową (siadł system komputerowy i czekamy, aż naprawią) oraz na kontrolę bagażu ręcznego (nie wiedzieć czemu lotnisko budzi się do życia falami, bramka jeszcze nie działa, wciąż czekamy). Wreszcie – lecimy! Lotnisko w Birmie nieskazitelnie czyste. Pomimo to cała armia sprzątaczek nieustannie i jakby w transie macha miotłami po lśniącej posadzce, pożerając oczami przybyszów z zewnątrz. Nie mamy wizy, więc jest afera: najwyraźniej rzadko kto jeździ przez Birmę tranzytem. Urzędnicy w popłochu organizują się, zabierają nam paszporty, przydzielają uroczą opiekunkę. Ta eskortuje nas do autobusu, którym niczym prywatną taksówką jedziemy do holu odlotów. Tam tłum innych – trzeba przyznać, przemiłych osób – zajmuje się naszym przypadkiem: bagaż, chec
k-in, czekanie przez kolejne 5h na samolot. Bez większych perypetii wreszcie odlatujemy. Żegna nas przepiękny zachód Słońca. Trochę żal, że jednak nie zwiedziliśmy tego kraju, jak mieliśmy pierwotnie w planach. Z drugiej jednak strony, całe doświadczenie dość przygnębiające: wejrzenie w smutną dolę uwięzionych we własnym kraju ludzi. 1,5h później jesteśmy w Bangkoku. Jeszcze tylko załatwiamy mi wizę po wylądowaniu (miła niespodzianka: wbrew obawom zero kolejki!) oraz po raz pierwszy w życiu rezerwujemy hotel na lotnisku. Nie mamy bowiem żadnego przewodnika ani zielonego pojęcia, gdzie spędzić noc. W rezultacie lądujemy w luksusowym hotelu z basenem, gdzie wreszcie możemy odpocząć.
Une grande partie de notre voyage est consacrée… à voyager. Arriver dans un nouvel endroit, passer outre la multitude d’escrocs et autre personnages malveillants qui immanquablement se présentent à chaque gare, trouver un toit et un endroit où l’on peut manger, quand les noms dans le menu ne vous disent rien, dans la soupe nagent des tas de choses inconnues et nous, on ne sait pas ce qui est comestible, ce qui est horriblement épissé ou ce qui n’est en fait qu’un immangeable condiment – ceci semble peut-être banal, mais a
ussi prend un temps terrible, et est souvent très stressant. A cela s’ajoute l’organisation des étapes futures – il faut se rendre compte, d’où, comment, quand et pour combien on peut aller plus loin ! De nouveau, un petit rein et pourtant cela prends encore du temps. De plus, les distances que nous traversons sont immenses. Jusqu’ici nous avons traversé quelques 7000 km (ce qui, en considérant la vitesse moyenne que l’on développe ici (d’après notre estimation 25km/h), nous avons passé 280 heures - 12 journées complètes - dans les transports !). Pour nous rendre de Kathmandu à Bangkok, nous étions en route pendant quatre jours, un voyage gigantesque ! Première étape : Kathmandu Kolkata, pour prendre l’avion (en transit par Rangoon) pour Bangkok. Temps : 48h (ce qui est pas mal!), ceci grâce au fait que nous nous décidons de réserver la totalité du voyage, le billet de train indien inclus, depuis Kathmandu (en surpayant bien sûr), pour ne pas nous retrouver bloqués quelque part en chemin. Le voyage en minibus depuis Kathmandu vers la frontière avec l’Inde prend une journée entière. Nous gravissons une montagne pour nous retrouver dans la vallée voisine. Pour bien des estomacs, s’en est de trop, ce que l’on voit sur la majorité des bus que l’on croise, les passagers du notre ne sont pas en reste ... Heureusement, un formidable panorama nous récompense les difficultés. Nous arrivons dans la ville frontalière Birgunj à la tombée de la nuit. L’hôtel qui nous a été recommandé, un cauchemar ! Le pire que nous n’avons jamais eu : gluant et puant de saleté, les draps, qui semblent ne jamais avoir été changés, ensanglantés, les murs pleins de coulures brunâtres, les personnes en service arrogantes, impolies, avec lesquels il faut se battre pour une couverture supplémentaire ou un saut d’eau chaude (alors que l’hôtel se réclame disant « eau chaude 24/24h » !) . A cela on peut ajouter un hurlement « Hare Krichna » toute la nuit durant derrière la fenêtre, qui au petit matin s’avère n’en être pas une : elle donnait sur une partie du bâtiment encore en gros œuvre. Cauchemardesque ! Nous traversons la frontière en rickshaw au lever du jour dans un brouillard épais. Nous arrivons à négocier, pour ne pas payer les pots-de-vin que les fonctionnaires corrompus nous réclament. Nou
s sourions et nous expliquons que nous n’avons plus/pas encore d’argent. Nous arrivons à la gare, pour apprendre que le train a quelques 4h de retard (ce qui est de règle en Inde). Nous nous préparons donc, sans nous presser, un petit-déjeuner dans la salle d’attente, puis nous déjeunons dans la buvette du coin de la gare. Le voyage dans ce train plein à craquer, où les gens se marchent dessus, dure 20h. Nous nous félicitons d’avoir nos places : chaque espace dans le wagon est rempli, les gens dorment à même le sol et à deux sur les couchettes du bas ! Pour se rendre aux toilettes la nuit, mieux vaut ne pas y penser. A Calcutta, on tombe sur un festival et tous les hôtels sont complets – par bonheur nous arrivons à trouver une chambre, au prix fort ! Encore une complication : par hasard nous apprenons la veille de notre envol que le lendemain une grève générale a été déclarée pour 6h dans laquelle les taxis prennent aussi part. Résultat : nous partons à 4h du matin pour que notre taxi puisse retourner en ville avant 6h. Malheur à lui s’il n’y arrive pas, le risque : des pavés dans le par brise. Devant nous 4h d’attente avant l’ouverture du check-in ! Après, plus que le contrôle des passeports (leurs système tombe en panne, on attend…) et le contrôle des bagages à main (à ne savoir pourquoi l’aéroport se réveille par vagues, les portillons ne marchent pas encore, on attend encore…) Enfin l’envol !L’aéroport en Birmanie propre comme un laboratoire. Pourtant une armé de femmes de ménage astique le dallage comme si elles étaient en transe, dévorant ces hôtes du monde extérieur. Nous n’avons pas de visa, du coup panique à bord, apparemment personne ne voyage en transit en Birmanie. Les fonctionnaires s’organisent dans la hâte, on nous prend nos passeports, on nous attribue une adorable hôtesse. Celle-ci nous escorte à un bus qui affrété uniquement pour nous, nous mène quelques centaines de mètres plus loin au hall des envols. Là d’autres personnes, il faut le dire charmantes, s’occupent de notre cas : nos bagages, le check-in. L’attente pendant les 5h suiva
ntes sans encombres, enfin nous quittons la Birmanie, avec un petit pincement au cœur pour n’avoir pas visité ce pays comme nous l’avions prévu au départ. D’un autre coté, l’expérience minante d’avoir vu cette triste réalité, un peuple prisonnier de son propre pays. 1,5h plus tard nous sommes à Bangkok. Dernière seule chose à faire, le visa au comptoir (heureuse surprise, sans faire de queue, comme nous le redoutions !) et pour la première fois nous réservons un hôtel à l’aéroport. Nous n’avons pas encore acheté de guide et aucune idée où passer la nuit. En fin de compte, nous atterrissons dans un luxueux hôtel avec piscine privée, où enfin nous pouvons nous reposer.

No comments:
Post a Comment