2006/11/30

PRAWDZIWE INDIE / LA VRAIE FACE DE L’INDE




Być w Indiach i nie zobaczyć tłumów Hindusów kąpiących się o świcie w Gangesie, to jak być w Rzymie i nie odwiedzić Bazyliki Św. Piotra. A my o mały włos nie popełnilibyśmy tego błędu! Założone przez boga Shivę miasto Varanasi jest bowiem uznawane za niebezpieczne i mieliśmy zamiar je ominąć, zatrzymując się jedynie w pobliskim Allahabadzie, gdzie Ganges łączy się z inną świętą rzeką, Yamuną. Tam, na wielkiej, piaszczystej, pustej przestrzeni zwanej Sangam, wrze właśnie od przygotowań do obchodzonego co sześć lat święta Ardh Mela, które akurat wypada w styczniu przyszłego roku. Święto to wyznacza połowę 12-letniego okresu, kiedy to następuje najlepszy z punktu widzenia Kosmosu moment zanurzenia się w świętych wodach Gangesu – Kumbh Mela. Wtedy to do Varanasi zjeżdża ponad 10 mln osób! My dotarliśmy tu na doroczne święto Dev Dipawali, festiwal światła związany z pełnią Księżyca. Tysiące światełek płynących z prądem rzeki bądź rozstawionych wzdłuż jej brzegów, tłumy ludzi poruszających się wąskim nadbrzeżem niczym ogromny wąż, mrowie wszelkiego rozmiarów łódek, sunących bezszelestnie w obie strony rzeki. Niektóre rozświetlone bladym światłem zniczy, kilka jaskrawo oświetlonych światłem elektrycznym, większość ciemna, a wszystkie pełne ludzi. Magiczna atmosfera. O ile wieczorem w łódkach dominowali Hindusi, o tyle o świcie – turyści. Wschód Słońca nad Gangesem, by zobaczyć, jak Hindusi (każdego dnia ponoć 60 tys. pielgrzymów!) odprawiają rytualną puję, kąpią się, myją zęby bądź też piorą w potwornie zanieczyszczonej rzece (3000 razy norma sanitarna), wart był wstania o 4:30! Okna naszego hotelu wychodziły na kremacyjny Harishchandra ghat (platformę nad rzeką), gdzie 24h na dobę palone są ciała Hindusów. Byliśmy świadkami kilku takich ceremonii, kiedy to przykryte złotkiem zwłoki na bambusowych noszach czekały na swoją kolej położone na gołej ziemi, w brudzie i pyle, tuż obok rozbawionego i podnieconego atmosferą festiwalu tłumu. Niewiele namaszczenia czy zadumy. Ot tak, po prostu. Widzieliśmy też owinięte w białe płótno ciała ciągnięte łódką na środek rzeki i puszczane z prądem. To ofiary ukąszeń węża, których się nie pali, gdyż - według tutejszych wierzeń - dryfując po świętej rzece być może ockną się z komy... Już sam Ganges wywarł na nas duże wrażenie. Szeroki, gładki niczym tafla jeziora, o zmieniającej się kolorystyce – biały o świcie i o zmierzchu, zielonkawy w trakcie dnia. Udało nam się w nim nawet dostrzec zagrożonego wyginięciem słodkowodnego delfina susu!
Etre en Inde et ne pas voir la multitude d’Indous se baignant un petit matin dans le Gange, c’est comme être à Rome et ne pas visiter la basilique Saint Pierre. Et nous, nous avons été sur le point de faire cette cruciale erreur ! La ville de Varanasi, qui à été érigée selon la légende par le dieu Shiva, est commue pour être dangereuse et nous avions l’intention de la contourner, nous arrêtant uniquement à Allahabad, autre ville sainte où le Gange se mêle au fleuve Yamuna. Là, les rives connues sous le mon de Sangam, sont justement en ébullition de part les préparatifs pour la fête Ardh Mela, qui a lieu tous les 6 ans, et tombe en janvier prochain. Cette fête est la demi période de 12 ans où se réunissent les meilleurs conditions d’un point de vue astrologique pour les ablutions dans le Gange, le Kumbh Mela. A cette époque, se réunissent à Varanasi plus de 10 millions de personnes ! Nous, nous sommes arrivés pour la fête annuelle du Dev Dipavali, la fête des lumières qui a lieu le jour de la pleine lune. Des milliers de lumières dérivant au fil du courant ou déposés le long des quais, une foule de gens se déplaçant sur les quais souvent trop étroits comme dans une fourmilière, un serpent de barques de toutes tailles remontant et descendant le courant. Certaines rayonnantes de lampes à huile, d’autres encore illuminés au néons multicolores, et toutes pleines de monde. L’atmosphère est magique. Si le soir c’étaient les Indous qui y étaient majoritaires, autant au petit matin ce sont les touristes. Le lever du soleil sur le Gange, avec les Indous qui font les ablutions pour le puja matinal (chaque jour 60 mille pèlerins, paraît-il) qui se lavent, se brossent les dents ou font leur lessive dans cette eau où le taux de pollution est 3000 fois supérieur à la norme, valait bien de se lever à 4h30 ! Les fenêtres de notre hôtel donnaient sur le ghat Harishchandra, l’un des deux quais où l’on brûle les corps des défunts vingt quatre heure sur vingt quatre. Nous étions témoins de plusieurs de ces cérémonies, où les corps recouverts de films plastiques dorés attendaient leurs tours à même de sol sur leurs brancards, tandis que la foule amusée ne leurs prêtait aucune attention. Nous avons vu aussi un corps enveloppé dans une toile blanche et qui a été emmené au milieu du fleuve et lâché dans le courant. Ce sont les victimes de morsures de serpents que l’on ne brûle pas, car on croit qu’en dérivant ils peuvent se réveiller du coma. Le Gange lui-même nous a beaucoup impressionné. Large, lustré comme la surface d’un lac ; blanc le soir et au petit matin , vert l’après midi. Nous avons réussi à voir un dauphin du Gange (susu) qui est en voie de disparition !

1 comment:

Le Chat said...

On se croirait dans un film grâce à tes si belles photos... Impressionant ces vues que tu as choisies de nous montrer...