2006/11/30

WRESZCIE GÓRY ! / ENFIN LES MONTAGNES !

Po długiej podróży po równinach Indii z dużą przyjemnością wyruszyliśmy na północ Zachodniego Bengalu, na przedpola Himalajów. Droga do Miriku, małej wioski w górach, gdzie nie zagląda prawie żaden turysta, wiodła serpentynami wśród zielonych, równo przystrzyżonych pól herbaty. Ubrani na kolorowo ludzie, z koszami noszonymi na pasach na głowie, brodzili w tym morzu soczystej zieleni zanurzeni po pas. Widzieliśmy to pierwszy raz w życiu i byliśmy naprawdę zauroczeni! Sama wioska nieduża, z ogromnym, czerwonym klasztorem buddyjskim Bokar Ngedon na wzgórzu. Akurat w dniu naszego przyjazdu kończyła się dwutygodniowa uroczystość złożenia do pozłacanej stupy zmumifikowanych zwłok zmarłego dwa lata temu założyciela klasztoru Kyabje Bokar Rinpoche, równie znanego buddystom jak Dalajlama. Zjechali się na tę okoliczność jego uczniowie z całego świata oraz jego świątobliwość Karmapa. W miejscowym barze obserwowaliśmy mnichów, którzy schodzili ze wzgórza na gorące pierożki momo, tybetański przysmak. Dzień spędzony na spacerze po plantacjach herbaty jeden z milszych i spokojniejszych, jakie nam dane było spędzić w Indiach. Widok na ośnieżoną Kanchenjungę, najwyższy szczyt Indii (8586 m. n.p.m.) zachwycający! Ludzie – już nie Hindusi, tylko Nepalczycy - przemili, uśmiechnięci, wciąż podśpiewywują pod nosem. Wszędzie chryzantemy w doniczkach. I czysto! Tylko okrutny ziąb, a my nieprzyzwyczajeni po upałach panujących na nizinach. Udało nam się jednak go pokonać, ogrzewając pokój dwiema lampami naftowymi, oblewając się gorącą wodą z wiaderka (w naszej prywatnej kwaterze nie było w ogóle bieżącej wody, a cóż dopiero ciepłej, i nasz gospodarz codziennie rano i wieczorem podgrzewał nam ją na ognisku), oraz dodatkowo dogrzewając się - pod dwoma warstwami pierzyny - przygotowanym przez gospodynię termoforem.
Après un long voyage dans la plaine de l’Inde, nous avons débuté notre voyage vers le nord du West Bengal avec beaucoup d’enthousiasme. Devant nous la chaîne Himalayenne. La route vers Mirik, petite ville où presque aucun touriste n’y met les pieds, conduisait de virages en virages au milieu de plantations de thé taillées à l’équerre. Des gens vêtus de toutes les couleurs, portant leurs paniers à l’aide de ceintures sur leurs tête, barbotaient jusqu’au hanches dans cette verdure intense. Tout ceci était complètement nouveau pour nous et nous en étions émerveillés ! Le bourg en lui-même pas très grand, avec un immense monastère bouddhiste rouge Bokar Ngedon qui domine la ville. Le jour de notre arrivée, se terminait juste une festivité de deux semaines dont le point culminant était l’inhumation du corps momifié du créateur du monastère Kyabje Bokar Rinpoche, aussi bien connu des Bouddhistes que le Dalaï-lama. A cette occasion se sont retrouvés ses élèves du monde entier ainsi que sa sainteté Karmapa. Dans un bar du bourg nous observions les moines qui descendaient de la colline pour déguster les momos, sorte de raviolis. Le jour passé en promenade au milieux des plantations de thé était un des plus agréables qui nous a été donné en Inde. La vue sur le mont Kanchenjunga, le plus haut en Inde (8586m) exaltant ! Les gens – non plus des Indous mais des Népalais – très très aimables, souriants, toujours fredonnants. Des chrysanthèmes partout et les rues propres! Seulement le froid transpercent, et nous pas accoutumés après ces mois passés dans ces plaines caniculaires. Nous avons tout de même réussis à le vaincre en nous chauffant avec deux lampes à pétrole, en aspergeant de sauts d’eau chaude (dans notre petit studio privé il n’y avait même pas d’eau froide courante et notre hôte nous la réchauffait sur un feu dans le jardin) et en nous tapissant sous deux couettes chauffées par une bouilloire.

No comments: