2007/09/01

SPEŁNIONE MARZENIA / REVES ACCOMPLIS

Byliśmy tam! Choć niby znane na pamięć z pocztówek, święte miasto Inków Machu Picchu widziane na własne oczy robi niepowtarzalne wrażenie. Miejsce tchnie spokojną, czystą energią. Zgrabne miasto, dobrowolnie opuszczone przez mieszkańców, którzy w ten sposób chcieli je ocalić przed zbliżającymi się Hiszpanami. Pozostawione na łaskę dżungli, zostało odkryte dopiero w 1911 przez badacza amerykańskiego Hirama Binghama. Wspinamy się na górę Wayna Picchu (to ta z pocztówek właśnie), skąd wyraźnie widać tarasy oraz szaleństwo lokalizacji tego jedynego w swoim rodzaju miasta. Przepaście dookoła, pionowe skały, wokół nic, tylko góry. Wariaci i geniusze, ci Inkowie! Zwiedzamy ruiny od wschodu do zachodu Słońca, a i tak nie udaje nam się wszystkiego zobaczyć. Kiedy wyrzucają ostatnich maruderów, niechętnie wychodzimy i my. Żegna nas stoicka lama, bezkarnie skacząca po zabytkowych kamieniach. Zostaje nam niedosyt i mnóstwo magicznych widoków pod powiekami.
Ça y est, on y était ! Bien que connue de par les cartes postales, la sainte ville des Incas Machu Picchu vu de ses propres yeux, donne une incomparable émotion. Le lieu respire d’une énergie pure et tranquille. Cette ville superbe a été désertée spontanément par ses habitants, qui par la même voulaient l’épargner des Espagnols tout proches. Abandonnée à la loi de la jungle, elle n’a été découverte qu’en 1911 par l´explorateur américain Hiram Bingham. Nous grimpons sur le Wayna Picchu (cette montagne des cartes postales), depuis laquelle on voit les terrasses, ainsi que la folie de la localisation de cette ville unique en son genre. Des précipices tout autour, des roches verticales, au alentours rien, que des montagnes. Fous et géniaux, ces Incas ! Nous visitons les ruines du lever au coucher du soleil et malgré cela nous n’arrivons pas à tout voir. Quand on chasse les dernier badauds, nous sortons mal gré - bon gré. Un lama stoïque nous donne l’au revoir sautant sans gène sur les pierres chargées d’histoire. Nous restons sur notre faim et des images plein les paupières.




















No comments: