Na płaskowyżu Boloven na południu Laosu trudno
o autobus. Na zwiedzanie tego dzikiego, trudno dostępnego zakątka kraju wybieramy się więc na motorze. Nie za bardzo jednak wiemy, w co się pakujemy. Bita, wąska, kręta, intensywnie czerwona droga w samym środku dżungli, pełna kamieni, wybojów, wystających
konarów, uskoków, powalonych drzew. Totalne bezludzie. Z rzadka tylko mijamy wioski, z domami o ścianach plecionych z trzciny, gdzie bieda aż piszczy. Przekraczamy w bród dokładnie 12 rzek! Dwie z nich są naprawd
ę duże, rwące i szerokie, reszta to pokaźnych rozmiarów strumienie. Prawie wszędzie woda sięga nam aż do połowy uda. Przewracamy się jednak tylko raz – jak na ironię w bagnistym bajorku
rozmiaru dużej kałuży : ) Czuliśmy się jak na rajdzie Camel Trophy dla twardzieli. Zaczęło się jednak niewinnie: świetna asfaltowa droga zaprowadziła nas do khmerskich ruin Champasak. Budowle tonęły w kwiatach, powietrze intensywnie pachniało miodem. Skręt z autostrady na nadal porządną, choć już tylko bitą drogę. Dalej jest dużo gorzej: potrzebujemy prawie 6 godzin,
żeby pokonać zaledwie 106 km dzielące nas od stolicy prowincji, Attapeu. Na szczęście potem jest już z górki: znów asfalt, który pożeramy w zawrotnym tempie. Wokół góry i suche jak pieprz pola ryżowe. Oglądamy kilka
wodospadów zagubionych w dżungli. Pędzimy tak przez trzy dni niczym easy rider. Niezła frajda, gdyby nie cztery litery, które potwornie dają się nam we znaki ; )
Pas facile d’avoir un bus pour le plateau de Boloven au sud du Laos. Donc, pour visiter cette partie du pays encore peu fréquentée et assez sauvage, nous louons une moto. Sauf que nous ne savons pas vraiment dans quoi nous mettons les pieds. Une piste étroite poussiéreuse intensément rouge, pleine de virages et de rebonds, au beau milieu de la jungle, des racines, des caillasses et des arbres en travers. Un vrai no man’s land. Nous traversons à
peine quelques villages, avec leurs maisons aux murs d’herbes tressés, où la pauvreté fait mal. Nous traversons à gué exactement 12 rivières ! Deux d’entres elles sont vraiment grandes, larges et avec un courant puissant, les autres sont plus modestes mais l’eau arrive presque à chaque fois à mi-cuisse. Nous tombons heureusement qu’une seule fois, ironiquement dans une marre de boue. Nous nous sentions comme au Camel Trophy
pour les durs à cuire ! Tout ceci a pourtant débuté de manière très innocente : une route en dur, très bonne, nous a conduit à une ruine khmère Champasak. Les bâtiments coulaient sous des fleurs, l’air sentait le miel. La bifurcation depuis cette nationale encore correcte, bien que de la terre battue. Plus loin, ce n’est que de pire en pire. Nous aurons besoin de 6 heures pour venir à bout des 106 km qui nous séparent d’Attapeu. Heureusement le jour suivant à nouveau une bonne vieille route asphaltée, que nous dévorons à toute allure.Tout autour montagnes et rizières asséchées. Nous allons voir quelques chutes d’eau perdues dans la jungle. Nous fonçons ainsi pendant trois jours, comme des easy rider. Super sympa, si ce n’était que nos derrières nous ont fait souffrir tous les diables ; ) 
No comments:
Post a Comment