2007/08/04

NIE WCHODZI SIĘ DWA RAZY DO TEJ SAMEJ RZEKI. NO I DOBRZE! / ON NE NAGE PAS DEUX FOIS DANS LA MEME RIVIERE ET TANT MIEUX !

Granicę pomiędzy Chile a Boliwią przekraczamy w samym środku Andów. Choć wokół nas same góry, granica jest bardzo wyraźna: świetna asfaltowa droga wiedzie z Chile do Argentyny, a wyboista, pełna kurzu, ledwie wytyczona – do Boliwii. Przed nami 3-dniowa jazda dżipem przez boliwijskie Altiplano i pustynie solne do najbliższego miasta Uyuni. Większość czasu spędzamy na ponad 4 tys. m. n.p.m, namiętnie więc żujemy liście koki, żeby nie nabawić się choroby wysokościowej. To ta sama wycieczka, którą zrobiłam samotnie, w przeciwnym kierunku, cztery lata temu. Teraz jednak jest zupełnie inaczej. Przede wszystkim jesteśmy razem i jest się do kogo przytulić, by ochronić się przed przeszywającym zimnem, które atakuje, jak tylko zajdzie Słońce. Tym razem góry wokół są przyprószone śniegiem, a salar suchy. Ciepłe źródła to już nie naturalne bajorko u brzegu rzeki, tylko wybetonowany basenik z domkiem do przebrania się. Przyroda jest jednak ta sama: majestatyczna, ogromna, nieskalana. Laguny Blanca, Verde i Colorada mają jeszcze bardziej intensywne kolory. Pustynie Dali’ego i Silali ze słynnym kamiennym drzewem są tak samo suche i pozbawione życia. Gejzery złowrogo bulgoczą błotem, niewzruszone upływem czasu. (Jako jedyni przechadzamy się na 5 tys. po tym księżycowym krajobrazie; reszta wycieczki zdycha osłabiona w samochodzie). Wulkan Ollague niezmiennie dymi w oddali. Tylko flamingów jest trochę mniej nad jeziorem Hedionda.
Nous traversons la frontière entre le Chili et la Bolivie au beau milieu des Andes. Entouré de montagnes, la frontière est pourtant bien visible :
une route parfaitement goudronnée mène à l’Argentine, nous bifurquons sur une piste à peine visible qui mène à la Bolivie. Devant nous une excursion de trois jours en 4x4 sur l’Altiplano et les déserts de sel en direction de Uyuni, la ville la plus proche. La plupart du temps nous sommes à plus de 4000 m, nous mâchons donc assidûment les feuilles de coca, pour éviter le mal des montagnes. C’est cette même excursion que j’avais faite seule, il y a quatre ans, dans le sens opposé. Maintenant, c’est complètement différent. Avant tout, nous sommes ensemble, et on peut se blottir pour se protéger du froid qui mord dès que le soleil se couche. Les montagnes sont recouvertes de neige et le salar complètement sec. Les sources thermales ne sont plus une mare naturelle, mais une piscine en maçonnerie avec une cabane pour se changer. La nature est pourtant la même, majestueuse, gigantesque, pure. Les lagunes Blanca, Verde et Colorada sont encore plus intenses. Les déserts de Dali et de Silali avec son fameux arbre de pierre, sont tout aussi secs et dépourvus de vie. Les geysers frémissent comme toujours de manière inquiétante (nous sommes les seuls à nous promener dans ce paysage lunaire, le reste de notre groupe se meure dans le véhicule). Le volcan Ollague comme toujours fume dans le lointain. Il n’y a que les flamants roses qui manquent au rendez-vous au bord du lac Hedionda.



























1 comment:

Anonymous said...

zdjecia na torach, jak z filmu "drogi"!
WITEKF