Znów wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę. Tym razem po peruwiańskiej części jeziora Titicaca. Nasz przewodnik teoretycznie mówi po angielsku i robi tłumaczenie symultaniczne, ale gdybyśmy nie znali
hiszpańskiego, to nic nie bylibyśmy w stanie zrozumieć! Pierwszy przystanek – pływające wyspy Uros z trzciny totora. Przepływamy wąskim korytarzem wśród rzęsy i trzciny, która służy miejscowym Indianom także jako pasta do zębów (jedzą ją namiętnie, żeby oczyścić sobie
uzębienie). Niegdyś Indianie z plemienia Uros uciekli przed Inkami na środek jeziora, by ocalić swoją kulturę. Z czasem wymieszali się z dominującymi w regionie Indianami Aymara. Teraz żyją głównie z turystyki, próbując maskować przed żądnymi „autentyczności” cudzoziemcami ślady
nowoczesności, które i tu nieuchronnie docierają. Na froncie więc domki z trzciny, z tyłu zaś z blachy lub ze sklejki (największy budynek to nota bene sekta Adwentystów Dnia Siódmego) Na szczęście nie pozwalają turystom wchodzić sobie z butami w życie. Pocztę, szkołę i boisko do gry w siatkówkę podziwiamy więc tylko z daleka. Drugi przystanek – 
wyspa Taquile, słynna z tego, że mężczyźni sami robią na drutach swoje nakrycia głowy, zgodne ze ściśle określonym kodeksem społecznym. Szalenie turystyczne miejsce, gdzie dające się fotografować za pieniądze dzieci wyglądają na okrutnie nieszczęśliwe. W zasadzie żałujemy, żeśmy tu przyjechali, w pewien sposób przykładając rękę do bezdusznego, przedmiotowego traktowania miejscowych przez cudzoziemców... 

Nous avons, une fois de plus, acheté un tour organisé. Cette fois-ci sur le côté péruvien du lac Titicaca. Notre guide en théorie est bilingue et fait une traduction simultanée, mais sans l’espagnol nous ne serions pas en mesure de comprendre quoi que ce soit ! Premier arrêt – les îles flottantes de Uros faites de canne totora. Nous traversons un chenal de cette canne, qui sert aussi de brosse à dents (ils en mangent des quantités pour se laver les dents). Il y a des siècles les indiens Uros ont fuit
les Incas au beau milieu du lac pour préserver leur culture. Avec le temps, ils se sont mélangés aux Aymaras qui dominent en cette région. Maintenant ils vivent principalement du tourisme, essayant de masquer devant les étrangers avides « d’authenticité », les marques de la
modernité qui arrive implacablement, ici aussi. En devant donc les maisons faites de canne, à l’arrière des maisons en tôle ondulée ou en contreplaqué (le plus grand bâtiment, par ailleurs, c’est la secte des Adventistes du Septième Jour). Heureusement,
ils ne se laissent pas faire par les touristes. Nous devinons donc seulement de loin la poste, l’école et le terrain de jeux.Deuxième arrêt – l’île Taquile, connue pour le fait que les hommes se font leur bonnets eux même, en accord avec leur code social très rigoureux. Lieu
touristique au plus haut point, où les enfants se laissant photographier pour de l’argent semblent très malheureux. En fait, nous regrettons d’être venus, car nous nous sentons complices de cette approche superficielle, utilitaire et sans scrupules qu’ont les étrangers… 



















No comments:
Post a Comment