skip to main |
skip to sidebar
Już sam początek źle wróżył. Wyruszyliśmy do odległej wioski Coyllurqui położonej w samym sercu Andów w dzień strajków.
Rezultat – nasza podróż trwała 18 godzin zamiast siedmiu, od w pół do piątej rano, do tego bez obiadu. Gołymi rękami oczyszczaliśmy wąską, górską drogę z kamieni i głazów, które zrzucali pijani, rozeźleni mieszkańcy okolic, protestując przeciwko tutejszej kopalni. Naszym celem jest yawar fiesta – trwające cztery dni święto kondora organizowane z okazji dnia niepodległości Peru. Przez tydzień pobytu jesteśmy w wiosce je
dynymi cudzoziemcami; dopiero w dzień corridy, 29 lipca, pojawi się dwoje innych turystów na krzyż. Poznana przy przerzucaniu kamieni młoda inżynier z Limy Gabi staje się naszą bardzo dobrą przyjaciółką. Instaluje nas w domu swoich znajomych (by dostać się do pokoju brodzimy w świnkach
morskich cuy, które tu hoduje się w celach spożywczych), załatwia nam też całodobowe wyżywienie u ponoć najlepiej gotującej w wiosce surowej starszej pani - s
eñory Doris. Przez cały tydzień wioska wrze od plotek. Każdego dnia nowe wieści. Że złapali, że mają aż dwa kondory. Że nie ma ani jednego. Że jutro już będzie. Ludzie szepcą między sobą. Jedni mówią, że to wina nowego burmistrza, bo źle się za to zabrał, za późno wysłał swoich ludzi w góry, by pojmali kondora. Inni, że to poprzedni burmistrz sabotuje nowego, rozpijając ludzi siedzących w zasadzce w górach. Ci, co zajmują się
łapaniem ptaka zaś twierdzą, że to zawistni mieszkańcy sąsiedniej wioski Cotabambas (gdzie też organizuje się święto z kondorem) podłożyli czosnek i czaszkę w okolicach padliny konia, by kondor nie wpadł w zastawioną na niego pułapkę.
My zaś czekamy, każdego dnia ożywiani nową nadzieją, a wieczorem ponownie rozczarowani. Konferujemy z szychami z wioski na temat szans i strategii złapania kondora, jedziemy nawet wysoko w góry, gdzie niby go łapią. Wszystko jednak na nic. Rozważana jest nawet opcja sprow
adzenia go z zoo w Cusco. Bo yawar fiesta bez kondora to nie to samo... Wszyscy są rozczarowani, choć próbują się bawić, jak gdyby nigdy nic. Uczestniczymy w defiladzie z okazji Dnia Niepodległości (cała wioska sztywno maszeruje wystrojona w mundurki przy okrutnym rzępoleniu miejscowej orkiestry), w walce kogutów, w przyjęciu w domu burmistrza pijanego jak bela, w tańcach nocą na arenie korridy, w samej korridzie wreszcie, podczas której ma także miejsce rodeo. W ostatnim momencie złapali orła ajchi, ale trudno przystać na tę zamianę – to raptem jedna czwarta kondora i nie ma tej samej symboliki: dumnego, mitycznego ptaka symbolizującego wolność i ludność tubylczą, który zwycięża byka, spro
wadzonego na kontynent przez znienawidzonych kolonizatorów z Hiszpanii. To nasza pierwsza w życiu korrida, na szczęście bezkrwawa i mocno amatorska. Byki nie chcą atakować, torreadorzy nie potrafią skutecznie wymachiwać różową (sic!) płachtą, rozochoceni alkoholem mieszkańcy wskakują na arenę, by spróbować szczęścia, wymachując bykowi przed nosem czym się da, kapeluszem czy kurtką na patyku. Surrealizmu dodaje mały biały piesek, który pałęta się wszystkim pod nogami.
Rien que le début était déjà de mauvaise augure. Nous sommes partis pour la petite ville de Coyllurqui, perdue dans le cœur des Andes, un jour de grève. Résultat – notre voyage a duré 18 heures au lieu de 7, à partir de quatre heure et demi, et sans déjeuner.
De nos mains nous nettoyions l’étroite piste montagneuse des rocailles que les paysans locaux balançaient dans un état d’ébriété second pour protester contre la mine locale. Notre but, c’est la yawar fiesta – quatre jours de fête du condor à l’occasion de la fête d’indépendance du Pérou. Durant une semaine, nous sommes les seuls et uniques étrangers ; seulement le jour de la corrida le 29 sont apparus quelques touristes. La jeune ingénieur Gabi
dont nous faisons connaissance pendant que nous balançons les pierres, deviens notre très bonne amie. Elle nous installe chez ses amis (pour atteindre notre piaule nous passons parmi les cochons d’inde cuys, que les gens d’ici élèvent pour la consommation), elle n
ous organise une pension complète chez la meilleure cuisinière du village, la sévère señora Doris. Toute la semaine la petite ville boue de rumeurs. A chaque jour, son lot de nouvelles fraîches ; qu’ils ont attrapé le condor, qu’ils ont en même deux, qu’il n’y en a aucun, que
demain il l’auront. Les gens parlent à voix basse. Certains disent que c’est la faute de nouveau maire, qu’il a envoyé ses gens trop tard dans la montagne pour attraper le condor. D’autres disent que c’est la faute du l’
ancien maire qui sabote le travail du nouveau en enivrant les gens à l’affût dans la montagne. Ceux qui sont au labeur, par contre, disent que c’est la faute
des gens de Cotabambas (où l’on organise aussi la fête avec le condor), ils auraient répandu de l’ail moulu et déposé un crâne humain aux abords du cadavre du cheval, pour que le condor ne tombe pas dans son piège. Par contre nous, nous attendons chaque jour ne perdant pas espoir et chaque nuit tombant dans la déception de nouveau. Nous discutons avec les notables du village sur la stratégie et les chances d’attraper le condor. Nous allons même haut dans la montagne, où soit disant on l’attrape. Tout ceci pourtant,
ne sert à rien. On parle même de faire venir le condor du zoo de Cusco. Car une yawar fiesta sans condor, c’est pas la même chose… Tout le monde est déçu, même si chacun essaye de s’amuser co
mme si de rien n’était. Nous participons au défilé à l’occasion de la journée de l’indépendance (tout le village marche au garde-à-vous, en tenues d’apparat, accompagné par un infernale orchestre scolaire), aux combats de coqs, à la fête donnée dans la maison du maire qui lui-même est soul comme un polonais, aux danses nocturnes dans l’arène où a lieu la corrida, à la corrida elle-même en fin. Au dernier moment, ils ont attrapé un aigle ajchi, mais c’est pas vraiment ça – c’est à peine le quart d’un condor et pas la même symbolique : celle de l’oiseau fier, mythique, symbolisant la liberté
et la population locale, qui se
doit de vaincre le taureau, importé sur le continent par les colonisateurs espagnols détestés. C’est notre première corrida, bien heureusement non sanguinaire et très amateur. Les taureaux ne veulent pas charger, les toréadors ne savent pas bien se servir de leurs capes roses (sic !), les villageois entraînés pas leur élan d’ébriété sautent dans l’arène essayant d’attirer l’attention du taureau avec les moyen du bord : un chapeau ou un anorak sur un bout de bois. Le plus surréaliste est un petit chien blanc qui se ballade dans l’arène entre les pattes de tous ce beau monde.






















No comments:
Post a Comment