2007/08/27

O EKONOMICZNYCH ASPEKTACH UPŁYWU CZASU. I NIE TYLKO / DE L’ASPECT ECONOMIQUE DU TEMPS QUI PASSE, ET D’AUTRES CHOSES

Cusco jest inne niż pięć lat temu, kiedy byliśmy tu po raz pierwszy. Czystsze, bardziej porządne, mniej chaotyczne, ale też droższe i bardziej burżuazyjne. To już nie miejsce dla backpacersów czy umorusanych neohippisów, tylko dla zamożnej klasy średniej. Ceny mówią same za siebie: wstęp na Machu Picchu 40$, najtańszy bilet na pociąg, żeby się tam dostać (jedyny środek transportu) 50$ (są też za 500!), 6-kilometrowy wjazd autobusem na górę – 12$, za zwiedzanie ruin dookoła samego Cusco trzeba zapłacić 24$. I tak dalej.
Inaczej też poznajemy miasto niż onegdaj. Bardziej od podszewki. Bo dzięki przyjaciołom i znajomym prowadzimy tu szalenie intensywne życie towarzyskie. W domu mojego przyjaciela z Akademii Dyplomatycznej Intiego, gdzie się zatrzymujemy, poznajemy przewesołą, klącą jak szewc, Ani. Spędzamy też dużo czasu z Gabi z Coyllurqu’ów, razem z nią zwiedzając miasto i tutejsze ruiny. Dwukrotnie spotykamy się z naszymi compadres, czując się za każdym razem jak tuczone gęsi na foie gras – ich sposobem na okazywanie uczuć i wdzięczności jest bowiem wpychanie w nas niewyobrażalnej ilości jedzenia. Ciocia Intiego, przemiła starsza pani, zaprasza nas do swojej pizzerii na kolację, gdzie poznajemy rozlicznych kuzynów i krewnych królika. Wyjeżdżamy przepełnieni tym charakterystycznym dla Latynosów calor humano, choć pożegnania są bolesne...
Cusco a bien changé en cinq ans, depuis la première fois que nous sommes venus ici. Propre, mieux entretenu, moins chaotique, mais plus cher et plus bourge. Ce n’est plus un lieu pour les backpackers ou les neo-hippies en mal d’aventures, mais un lieu pour une riche classe moyenne. Les prix parlent d’eux mêmes : l’entrée au Machu Picchu – 40$, le prix du train le moins cher (seul moyen de transport pour s’y rendre) – 50$ (il y a aussi des billets a 500$ !), la montée de 6 km en bus – 12$, le billet de visite des ruines autour de Cusco 24$, et ainsi de suite.
Nous faisons connaissance de la ville plus en profondeur, car grâce aux amis et connaissances, nous avons une vie sociale très intense. Dans la maison de mon ami Inti, de l’Académie Diplomatique, nous faisons la connaissance de la très joyeuse Ani, jurant à tout va. Nous passons aussi beaucoup de temps avec Gabi de Coyllurqui, avec laquelle nous visitons la ville et les ruines alentours. Par deux fois nous rencontrons nos compades, à chaque fois nous nous sentons comme des oies à foie gras – leur façon de montrer leur amitié, c’est de nous gaver d’une incroyable quantité de nourriture. La tante d’Inti, très sympathique dame âgée, nous invite dans sa pizzeria pour dîner, où nous faisons connaissance d’une multitude de cousins. Nous partons remplis de ce caractéristique calor humano, propre aux Latinos, bien que les adieux sont douloureux...































1 comment:

Anonymous said...

TORTAS jest niezle, he, he, no i te "wisiory" na przedniej szybie (tylnej?) auta. :-)